- Nie mamy takich danych, które by nam to pokazywały w tej chwili - tak na pytanie o to, czy po wprowadzeniu cięć w rozliczaniu części badań diagnostycznych nie wydłużą się kolejki odpowiadała w reportażu Czarno na Białym "Cena lekarza" wiceministra zdrowia Katarzyna Kęcka. Takie dane mają już natomiast organizacje pacjentów. I poszły z nimi do resortu zdrowia, by poprosić jego szefową o szczerą rozmowę i o działanie.
Skierowań tyle samo, badań mniej, kolejki dłuższe
Przypomnijmy, od kwietnia Narodowy Fundusz Zdrowia za badania, takie jak kolonoskopia, gastroskopia, rezonans magnetyczny czy tomografia komputerowa, wykonane po zrealizowaniu przez placówkę kontraktu na dany rok, nie płaci już pełnych stawek, tak jak dotychczas.
Przychodnie czy szpitale mogą liczyć na zaledwie 50-60 procent, i to nie po zakończeniu kwartału, a całego roku. Dyrektorzy szpitali zapowiedzieli, że taki ruch NFZ sprawi, iż nie będą wykonywać więcej badań, niż przewiduje kontrakt, bo po pierwsze - jest to poniżej kosztów, a po drugie - nie stać ich na kredytowanie tego przez cały rok.
Resort zdrowia tłumaczy decyzję Funduszu koniecznością racjonalizacji wydatków, bo te, jak podkreśla, rosną niewspółmiernie szybko w stosunku do liczby wykonywanych badań. Jednocześnie ministerstwo zapewnia, że nie chodzi o limitowanie świadczeń, a kolejki - jak powiedziała cytowana już wcześniej wiceszefowa resortu zdrowia - nie powinny się wydłużyć. Ma za to zostać rozwiązany problem nieuzasadnionych, często powielanych skierowań na badania obrazowe.
- Nie wiem, w jaki sposób przykręcanie śruby świadczeniodawcom miałoby się przełożyć na to, że skierowań na te badania będzie się wystawiało mniej. Skierowań będzie tyle samo, badań mniej, a pacjent częściej trafi do szpitala na "pobyt diagnostyczny" – przewidywał już pod koniec marca w rozmowie z TVN24+ dr Robert Mołdach z Instytutu Zdrowia i Demokracji.
O tym, że dzieje się właśnie tak, jak to widział cytowany przez nas ekspert i pierwsze szpitale i przychodnie już przesuwają zaplanowane wizyty nawet o rok, pisaliśmy na początku tego tygodnia. Czas oczekiwania dla osób, które na badanie dopiero chcą się zapisać, wydłużył się natomiast w niektórych przypadkach nawet do 2030 roku.
"O tym chcielibyśmy rozmawiać z ministerstwem"
Teraz kolejne "sprawdzam" powiedziały organizacje pacjentów, w tym Fundacja Alivia, prowadząca projekt Onkoskaner. To z jednej strony narzędzie pozwalające osobom oczekującym na badanie sprawdzić, gdzie kolejki są najkrótsze, a z drugiej - instrument przydatny w analizowaniu średnich czasów oczekiwania i tendencji z nimi związanych. Co się okazało?
Średni czas oczekiwania na rezonans magnetyczny wzrósł z 85 dni w marcu do 105 dni w kwietniu, a na kolonoskopię - z 407 do 450 dni. Jak podaje fundacja, w wielu ośrodkach terminy są wręcz absurdalnie odległe. Za przykład podaje ponad 490 dni oczekiwania na kolonoskopię w Szpitalu Wojewódzkim w Bielsku-Białej. Ponad 600 dni to natomiast czas oczekiwania na rezonans magnetyczny w Uniwersyteckim Centrum Klinicznym Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
- I o tym chcielibyśmy rozmawiać z ministerstwem - zaznacza w rozmowie z tvn24.pl Joanna Frątczak-Kazana, prezeska Alivii.
Fundacja skierowała do ministry zdrowia Jolanty Sobierańskiej-Grendy prośbę o pilne spotkanie w sprawie skutków zmian w finansowaniu badań wysokokosztowych. A chodzi przecież o diagnostykę, od której często zależy życie.
Problem zaczyna się tam, gdzie się kończy DiLO
Ministerstwo Zdrowia zapewnia, że wyceny świadczeń dla osób z podejrzeniem choroby onkologicznej nie zostaną zmienione. Cięcia nie dotyczą też programów profilaktycznych, takich jak przesiewowa kolonoskopia dla 50-65 latków (lub 40-49-latków z określonymi czynnikami ryzyka).
Praktyka pokazuje jednak, że karta diagnostyki i leczenia onkologicznego (DiLO), która kieruje na szybszą i chronioną ścieżkę, wciąż jest wystawiana za rzadko, czasem dopiero na etapie leczenia, kiedy to jej użyteczność jest już znikoma. Nad zachęcaniem Polaków do korzystania z badań też trzeba popracować, bo do przesiewu raka jelita grubego zgłasza się, jak podaje NFZ, zaledwie 15 procent uprawnionych.
- Ministerstwo cały czas mówi, że pacjenci onkologiczni są zabezpieczeni. A tak naprawdę pacjenci onkologiczni, czyli ci, u których rozpoczęto leczenie, w ogóle nie są zabezpieczeni. Moc karty DiLO kończy się w momencie rozpoczęcia leczenia. Zabezpieczeni są obywatele z podejrzeniem choroby nowotworowej, którym wystawiono kartę DiLO, czyli nawet jeszcze nie pacjenci. Ci, którym nie wystawiono karty DILO, takiego zabezpieczenia nie mają. Na ile lekarze podstawowej opieki zdrowotnej i specjaliści zwiększą teraz wystawianie tych kart? Czekam na dane NFZ-tu. Niebawem powinny być opublikowane - mówi Joanna Frątczak-Kazana.
Pacjenci rozumieją problem, ale nie chcą być jedynymi pokrzywdzonymi
Na szybką ścieżkę do badań nie mogą więc liczyć osoby już po diagnozie, na przykład w ramach tzw. follow-upu, czyli systematycznej kontroli w pierwszych miesiącach i latach po zakończeniu leczenia. Szybciej do diagnostyki nie dostaną się również ci, u których pojawiła się wznowa - chyba że lekarz, podejrzewając to, wystawi im nową kartę DiLO. Ta stara nie może już zostać w takim celu reaktywowana.
- Musimy znaleźć pomysł na to, jak zabezpieczyć przede wszystkim pacjentów onkologicznych, bo tak jak powiedziałam, zabezpieczeni są ci, którzy mają podejrzenie choroby nowotworowej, czyli dopiero są diagnozowani, a nie pacjenci. Ci, którzy są po pierwszej fazie leczenia, czyli wykonano im na przykład w szpitalu zabieg, wypadają już z tego szybkiego diagnozowania - dodaje Frątczak-Kazana.
Szefowa Alivii podkreśla, zarówno w rozmowie z nami, jak i w piśmie do Jolanty Sobierańskiej-Grendy, że rozumie skalę wyzwań finansowych, z jakimi mierzy się system ochrony zdrowia (luka finansowa NFZ jest szacowana na co najmniej 17 mld zł - według MZ). - Ale też z drugiej strony - pacjenci nie mogą być jedynym interesariuszem tego całego systemu, który ponosi konsekwencje tej sytuacji - dodaje prezeska Alivii.
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock