Przesadne pochwały dla Obamy? Odpowiedzą sondaże po debacie


Prezydent USA Barack Obama nieznacznie wygrał drugą debatę telewizyjną z Mittem Romneyem - to przeważająca opinia komentatorów w USA. Ich zdaniem nie wiadomo jeszcze jednak, czy zyska tym nowych zwolenników wśród niezdecydowanych wyborców.

Obama zbiera przede wszystkim komplementy za swą asertywną postawę we wtorkowej debacie w Hempstead (w stanie Nowy Jork), podczas której twardo odpierał ataki Romneya na politykę krajową i zagraniczną swojej administracji.

Kontrastowało to z pierwszą debatą w Denver, kiedy Obama nie ripostował swemu przeciwnikowi nawet, gdy miał silne argumenty, i zachowywał się - jak to określano - jakby był pod wpływem proszków nasennych.

Obama w ataku "Prezydent zepchnął Romneya do defensywy i przekonująco przedstawił swoją wizję, podczas gdy jego przeciwnik zacinał się, szukając właściwej repliki. (Obama) nie pozwolił Romneyowi, by uszły mu na sucho kłamstwa i obietnice nie do zrealizowania, i kilkakrotnie wytknął mu, że nie ma racji" - pisze w artykule redakcyjnym środowy "New York Times".

Komentatorzy zwracają uwagę, że kandydat Partii Republikańskiej (GOP) starał przedstawić się w debacie jako umiarkowany polityk tego ugrupowania, aby zjednać sobie niezależnych wyborców, ale Obama z powodzeniem wykorzystywał momenty, gdy jego deklaracje w tym duchu kłóciły się z tym, co mówił wcześniej. Romney powiedział na przykład, że podobnie jak prezydent opowiadał się za ratowaniem przemysłu samochodowego przed niewypłacalnością. Obama przypomniał jednak, że republikanin w czasie kryzysu w tym sektorze popierał jego bankructwo. Republikański kandydat sam wystawił się na atak, kiedy pod koniec debaty powiedział, że "chce pomóc 100 procentom Amerykanów". Obama skorzystał wtedy z okazji i przypomniał osławioną wypowiedź Romneya na spotkaniu ze sponsorami jego kampanii, kiedy oświadczył on, że "47 procent" Amerykanów uważa się za ofiary, nie płaci podatków i naciąga rząd na zasiłki.

Potknięcie ws. Bengazi Wszyscy komentatorzy - łącznie z konserwatywnym dziennikiem "Wall Street Journal" - przyznają, że Romney potknął się, gdy zaatakował Obamę za sprzeczne oświadczenia jego administracji po ataku islamistów na konsulat USA w Bengazi. Zginął w nim amerykański ambasador w Libii.

Zamiast przypomnieć, że Departament Stanu pozostał głuchy na wezwania swoich dyplomatów o zwiększenie ochrony placówek w Libii, Romney powiedział, że Obama w swym wystąpieniu przez Białym Domem nazajutrz po ataku nie wspomniał, że chodziło o atak terrorystyczny. Prowadząca debatę dziennikarka CNN Candy Crowley zwróciła mu wtedy uwagę, że prezydent wspomniał o terrorystycznym podłożu napaści - chociaż wytłumaczył go głównie spontanicznym protestem przeciw antymuzułmańskiemu filmowi zrealizowanemu w USA. Obama natychmiast to podchwycił, mówiąc: "Niech pan sprawdzi stenogram". Wyraził też oburzenie, że Romney sugeruje polityczne motywacje dla rzekomego bagatelizowania przez administrację Obamy terrorystycznego aspektu tragedii w Bengazi.

Sygnał dla twardego elektoratu W prasie i radiu NPR komentowano też, że Obama wygrał rywalizację na zachowanie i mowę ciała w czasie debaty: nie spuszczał wzroku ze swego oponenta i mówił z pasją, podczas gdy Romney zamiast do swego rywala parokrotnie zwrócił się do Candy Crowley, jakby apelując o jej pomoc. Wszystko to - podkreśla się - podobało się przede wszystkim zwolennikom Obamy, którzy byli mocno rozczarowani jego wcześniejszym występem w Denver. Komentowano wtedy, że wielu z nich nie będzie głosować z apatii. Debata w Hempstead zmieniła te nastroje. Jednak zdaniem niektórych obserwatorów niezależnych wyborców mogła zrazić atmosfera debaty, która przypominała bokserski pojedynek, i złośliwości prawione sobie nawzajem przez kandydatów. Inni komentatorzy, zwłaszcza prawicowi, wytykają prezydentowi, że w debacie nie zarysował swojego planu naprawy gospodarki w drugiej kadencji i nie odparował skutecznie ataku Romneya, gdy ten mu to zarzucił.

Obama lawiruje i ma ciche wsparcie?

"Pytanie, jakie ciągle zadajemy, brzmi: co prezydent zamierza zrobić przez następne cztery lata? W debacie nie dostarczył na nie odpowiedzi. (...) Jego argument na rzecz reelekcji jest w zasadzie taki: nie jestem tak straszny jak Mitt Romney" - ironizuje w artykule redakcyjnym "Wall Street Journal". Tymczasem Romney - jak się ocenia - zręcznie i klarownie argumentował na rzecz swego programu obniżania podatków, redukcji deficytu budżetowego i rozluźniania regulacji rządowych, co ma stworzyć przyjaźniejszy klimat dla biznesu. Ultrakonserwatywni komentatorzy z telewizji Fox News zarzucają mediom "głównego nurtu", że po cichu sprzyjają Obamie i fałszywie przedstawiają obraz drugiej debaty, obniżając ocenę występu Romneya i przesadnie chwaląc prezydenta.

Autor: //gak / Źródło: PAP

Tagi:
Magazyny:
Raporty: