Lekarz z chińskiego miasta Wuhan - epicentrum epidemii wywołanej przez nowy koronawirus - próbował ostrzec innych medyków przed tajemniczą chorobą. Z tego powodu miał kłopoty, grożono mu odpowiedzialnością karną za "nielegalną działalność". Teraz sam leży w szpitalu, objęty kwarantanną, a jego stan jest poważny.
Epidemia wybuchła przed Nowym Rokiem w Wuhanie, stolicy prowincji Hubei w środkowych Chinach. Nowy koronawirus powoduje zapalenie płuc, a objawy choroby to między innymi gorączka i trudności w oddychaniu. Bilans ofiar śmiertelnych - według stanu na wtorek 4 lutego - przekroczył 425 osób, zakażonych jest ponad 20 tysięcy ludzi, głównie w Chinach kontynentalnych. Przypadki zakażeń wykryto także w 25 innych krajach.
Najnowsze informacje o nowym koronawirusie z Chin >>>
O tym trzeba pamiętać. Jak chronić się przed zakażeniem koronawirusem z Chin?>>>
"Objęci kwarantanną na oddziale ratunkowym"
34-letni doktor Li Wenliang to okulista z Wuhanu. W grudniu ubiegłego roku do szpitala, w którym pracuje, zaczęli trafiać kolejni pacjenci z objawami zapalenia płuc, przypominającymi te, które wywoływał wirus SARS. Jego epidemia w 2003 roku zabiła w Chinach kilkaset ludzi.
Jak wynikało z badań, których wyniki zobaczył lekarz, objawy chorobowe były wywoływane przez koronawirusa, tak jak SARS.
Gdy siedem hospitalizowanych osób zostało objętych kwarantanną, doktor Li postanowił ostrzec swoich kolegów lekarzy. "Objęci kwarantanną na oddziale ratunkowym" - zasygnalizował na grupowym czacie 30 grudnia. W odpowiedzi pojawiły się komentarze o treści: "To przerażające", "Czy SARS powrócił?".
"Po prostu chciałem przypomnieć moim kolegom, by byli ostrożni" - tłumaczył Li w korespondencji ze stacją CNN. Dodał, że zalecił znajomym, by ostrzegli swoich bliskich.
JAK UCISZANO LEKARZY W CHINACH. CZYTAJ WIĘCEJ >>>
"Zrozumiałem, że prawodpodobnie zostanę ukarany"
Konwersacja była prywatna, jednak w ciągu kilku godzin screeny przesyłanych między uczestnikami czata wiadomości trafiły do Internetu. Na zdjęciach widniało nazwisko nadawcy ostrzeżenia. "Gdy zobaczyłem je w sieci, zrozumiałem, że wymknęło się to spod mojej kontroli, i że prawdopodobnie zostanę ukarany" - wyznał okulista.
Tak też się stało.
Tego samego dnia, kiedy doktor Li wysłał wiadomość do znajomych, komisja zdrowia w Wuhanie wydała komunikat, informując miejscowe instytucje medyczne o kilku pacjentach z objawami nieznanej choroby. "Żadna organizacja ani osoba nie są uprawnione do ujawniania, bez uprzedniej zgody, jakichkolwiek informacji dotyczących leczenia" - ostrzegano.
Nad ranem ostatniego dnia grudnia miejscowy departament zdrowia zwołał nadzwyczajne spotkanie w sprawie tajemniczej choroby. Doktor Li został wezwany do złożenia wyjaśnień. Miał wytłumaczyć, dlaczego wbrew zakazowi ujawnił poufne informacje osobom trzecim.
"Poważne ostrzeżenie"
Trzy dni później 34-latek został wezwany do komisariatu policji. Tam - jak relacjonował dziennikarzom - miał usłyszeć "poważne ostrzeżenie", że jeśli nadal będzie "uparty i zuchwały" oraz nie zaprzestanie "nielegalnej działalności", to zostanie pociągnięty do odpowiedzialności karnej. Własnoręcznym podpisem musiał potwierdzić, że zrozumiał ostrzeżenie. Jak podaje BBC, był jedną z ośmiu osób, które wówczas policja objęła dochodzeniem z powodu "rozpowszechniania plotek".
Jeszcze na początku stycznia lokalne władze w Wuhanie utrzymywały, że wirusem mogą się zakazić jedynie osoby, które miały kontakt z zainfekowanymi zwierzętami. Lekarzy nie objęto specjalnymi środkami ostrożności.
Doktor Li wrócił do pracy w szpitalu. Tam trafiła do niego kobieta z jaskrą. Nie wiedział, że pacjentka jest zakażona nowym koronawirusem.
"Kurz opadł, mam wreszcie diagnozę"
Jak opisywał Li w mediach społecznościowych, 10 stycznia zaczął kaszleć, następnego dnia dostał gorączki, a dwa dni później sam wylądował w szpitalnym łóżku. Źle poczuli się także jego rodzice i również oni zostali hospitalizowani.
Dopiero 20 stycznia chińskie władze zdecydowały się ogłosić stan zagrożenia epidemiologicznego.
Kolejne testy początkowo nie wykazywały u okulisty zakażenia koronawirusem. Tak było do 30 stycznia. Wtedy napisał na portalu społecznościowym, że jednak stwierdzono u niego infekcję. "Kurz opadł, mam wreszcie diagnozę" - wpis tej treści cytuje BBC. Internauci w komentarzach nazywali go "bohaterem" i oceniali, że dla dobra zdrowia publicznego "potrzeba milionów doktorów Li Wenliangów".
Obecnie lekarz objęty jest kwarantanną, przebywa pod aparatem tlenowym na oddziale intensywnej terapii, a jego stan oceniany jest jako poważny. Z dziennikarzami kontaktuje się drogą korespondencyjną, gdyż z powodu silnego kaszlu nie może rozmawiać przez telefon.
Autorka/Autor: momo//rzw
Źródło: CNN, BBC, New York Times