- W całej Europie, zawsze tam, gdzie są kryzysy uchodźcze, odbywa się proceder handlu ludźmi. Dlaczego akurat w Polsce miałoby być inaczej? - pytają Anna i Barbara.
Spotykam się z nimi w mieście niedaleko granicy polsko-białoruskiej. Pracują w Fundacji Bezkres stowarzyszonej w Grupie Granica. Od początku kryzysu uchodźczego opiekują się niepełnoletnimi uchodźcami, którzy docierają do Polski. Tak zwanymi dziećmi granicy albo dziećmi uchodźczymi. Proszą o zachowanie anonimowości - to warunek, by mogły otwarcie opowiedzieć o swojej pracy.
I nie chcą, żeby nazywać je "aktywistkami". Twierdzą, że to pojęcie się zdewaluowało i nie jest odbierane właściwie. Nie oznacza już profesjonalizmu, a często jest kojarzone z naiwnością i czymś w rodzaju histerii. Są więc "pracownicami humanitarnymi".
"Nikt jej nie szuka"
Barbara: - Zaczęło się od wiadomości z Warszawy, od znajomej z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka, że w jednym z domów dziecka przebywają dwie dziewczyny, które potrzebują pomocy. Jedziemy, wchodzimy - faktycznie, są. Obydwie mówią po francusku. Diana jest z Konga, Anastazja z Kamerunu. Anastazja jest bardzo wylewna, od razu udaje się nawiązać z nią kontakt. Energiczna, otwarta.