Nagranie, na którym widać osoby zaangażowane w zbiórkę dziękujące z balkonu tłumowi zebranemu przed blokiem, wyemitowała m.in. amerykańska stacja CNN. Po tym, jak prowadzona w kawalerce Łatwoganga transmisja na żywo dobiegła końca, nie zabrakło podziękowań także dla sąsiadów influencera.
"Wielki budynek mieszkalny zamienił się w małą wioskę"
We wpisie na temat inicjatywy do sąsiadów Łatwoganga zwróciła się Martyna Wojciechowska, zaangażowana we wsparcie zbiórki na rzecz Fundacji Cancer Fighters. "Dziękuję też wspaniałym sąsiadom Piotrka. Przyjęli mnie tam z wielkim sercem, otwierali drzwi do swoich domów, nakarmili i napoili. Wielki budynek mieszkalny zamienił się w małą wioskę. MAGIA!!!" - przekazała dziennikarka na Instagramie w poniedziałek.
Wcześniej, w niedzielnym wydaniu "Faktów po Faktach" Wojciechowska stwierdziła, że "z kawalerki na Pradze dzisiaj zrobiło się centrum zarządzania wszechświatem".
Aktor Mateusz Banasiuk w programie "Uwaga TVN" mówił o "fajnej atmosferze" w warszawskim bloku. - Na chodniku stało chyba ze dwieście osób. Wszedłem na korytarz, nagle spotkałem przeróżnych kolegów z różnych światów: muzyków, dziennikarzy, redaktorów. Monika Olejnik próbująca śpiewać razem z Kwiatem Jabłoni, obok Martyna Wojciechowska pełna entuzjazmu - relacjonował artysta.
Co na to sąsiedzi Łatwoganga
Pani Nikola, sąsiadka Łatwoganga, powiedziała "Uwadze TVN" o "grajkach góralskich" oraz "krzykach, konfetti", słyszanych podczas prowadzenia transmisji na żywo. - Dużo się tutaj działo - zauważyła. Niecodzienne dźwięki jej nie przeszkadzały. - Trzeba być wyrozumiałym, w końcu tutaj szczytny cel mamy - dodała.
A czy tłum ludzi czekających na autografy gwiazd przeszkadzał innym mieszkańcom okolicy? - Tylko tym, którzy stoją na klatce schodowej, wzywali nawet policję. Ale policja przyjeżdżała i mówiła, że to akcja charytatywna, słuszna, więc mają to gdzieś - powiedział "Gazecie Wyborczej" jeden z chłopaków obecnych przed blokiem Łatwoganga w niedzielę.
Redagował AM
Źródło: Uwaga TVN, tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: PAP/Leszek Szymański