Przez ostatnie dwa lata materiały w tej sprawie gromadzili śledczy z Prokuratury Regionalnej w Rzeszowie. To tam działa dwuosobowy zespół prokuratorski, który prześwietla wszystkie aspekty zakupu, a następnie używania systemu szpiegującego Hermes. W 2020 roku prokuratura, kierowana wtedy przez Zbigniewa Ziobrę i Bogdana Święczkowskiego, kupiła go bez przetargu za 15 milionów złotych od izraelskiej firmy NSO, producenta Pegasusa.
Hermes jest mniej inwazyjny niż Pegasus. Służy do szybkiego zbierania informacji z internetu, sięga także do tak zwanego darknetu. Potrafi przeszukiwać też na przykład bazy danych z loginami i hasłami, które przejęli hakerzy. Tak pozyskane hasła mogły później służyć do wchodzenia na skrzynki mailowe, czy platformy społecznościowe osób, którymi zainteresowana była prokuratura.
Śledztwo w sprawie Ziarkiewicza
W ostatnich tygodniach wątek dotyczący użycia Hermesa wobec dziennikarzy został wyłączony z rzeszowskiego śledztwa i przekazany do Prokuratury Krajowej. Trafił na biurka śledczych z wydziału spraw wewnętrznych, specjalizujących się w ściganiu przestępstw popełnianych przez prokuratorów.
- Postępowanie dotyczy przekroczenia i niedopełnienia obowiązków służbowych przez funkcjonariusza publicznego, pełniącego funkcję Prokuratora Regionalnego w Lublinie - przekazał nam rzecznik Prokuratora Krajowego Przemysław Nowak.
Wspomnianym szefem lubelskiej prokuratury regionalnej był wówczas Jerzy Ziarkiewicz, jeden z najbardziej zaufanych prokuratorów Zbigniewa Ziobry. Do niego trafiały głośne śledztwa, np. w sprawie "kilometrówek" europosła PiS Ryszarda Czarneckiego czy śledztwo dotyczące Polnordu, w którym pojawiało się nazwisko Romana Giertycha.
Krajowy rozgłos przyniosło mu ujawnienie przez dziennikarzy "Gazety Wyborczej" - już po ostatnich wyborach parlamentarnych - że przetrzymywał w garażu akta spraw niewygodnych dla polityków PiS. W tej sprawie także toczy się postępowanie wobec Ziarkiewicza, które jest na etapie uchylania mu immunitetu.
Osobiście pojechał po zgodę na Hermesa
Z naszych informacji wynika, że Hermesa wobec dziennikarzy Ziarkiewicz polecił użyć jesienią 2021 roku. Zrobił to w ramach postępowania wszczętego we wrześniu tamtego roku po zawiadomieniu, które złożył ówczesny wiceminister aktywów państwowych i polityk PiS Artur Soboń.
- Polityk opisał, że ktoś założył profil na WhatsApp z jego zdjęciem i prowadzi rozmowy z różnymi ludźmi, podszywając się pod niego - mówi tvn24.pl jeden z prokuratorów, zastrzegając anonimowość.
Sprawę wkrótce wziął do osobistego prowadzenia sam Ziarkiewicz. Zlecił przeprowadzenie czynności śledczych Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. 12 października osobiście pojechał do centrali prokuratury z wnioskiem o zastosowanie Hermesa. Tego samego dnia dostał na to zgodę, a nadzór nad śledztwem objęła Prokuratura Krajowa.
Hasła, skrzynki, adresy IP
Poznaliśmy treść wniosku o zastosowanie Hermesa, który podpisał Ziarkiewicz. Miała to być "analiza" dostępnych w internecie danych 12 znanych dziennikarzy: Jana Niedziałka, Piotra Kraśki, Macieja Kurzajewskiego, Jarosława Kuźniara, Mikołaja Wójcika, Adama Wolnego, Krzysztofa Ziemca, Jarosława Kulczyckiego, Konrada Piaseckiego, Piotra Pacewicza, Jarosława Sroki i Aleksandry Janiec.
- Dziennikarze, tak jak Soboń, padli ofiarą przestępstwa. Bo ktoś się pod nich podszywał, bądź oszukiwał ich, że pisze na przykład jako Soboń. A Ziarkiewicz nie uznał ich za pokrzywdzonych przestępstwem, a sytuację wykorzystał do zebrania informacji, w tym haseł do poczty i profili społecznościowych - mówi nasz rozmówca z prokuratury.
W swoim wniosku Ziarkiewicz wyszczególnił, jakich dokładnie informacji potrzebuje:
- aktywności na forach internetowych, w mediach społecznościowych oraz serwisach aukcyjnych - w tym treści postów i ogłoszeń; - wykorzystywane sposoby komunikacji; - wykorzystywane skrzynki pocztowe; - wykorzystywane hasła; - wykorzystywane numery telefonów; - prawdopodobna działalność gospodarcza; - wykorzystywana infrastruktura internetowa (hosting, VPN); - adresy IP logowań; - powiązania między nimi a innymi osobami, w tym w Dark Web; - posty umieszczane w Dark Web; - ustalenia relacji.
Analitycy Prokuratury Krajowej przy użyciu Hermesa przygotowali żądane przez Ziarkiewicza dane - efekty ich pracy znajdują się w materiałach śledztwa.
Zatrzymany
Tymczasem już 8 października 2021 roku policjanci zatrzymali Adama M., który podszywał się pod Sobonia. W prokuraturze usłyszał serię zarzutów, między innymi z artykułu 190 kodeksu karnego. Mówi on o karze do trzech lat więzienia w związku z groźbami karalnymi.
Mężczyzna przyznał się, złożył także obszerne wyjaśnienia. Tłumaczył, że swoich czynów nie dokonywał, by się wzbogacić czy komukolwiek zaszkodzić. Nigdy nie stanął przed sądem. Rok później - w listopadzie 2022 roku - swoje śledztwo prokurator Ziarkiewicz zakończył umorzeniem. Uzasadnił to faktem, że Artur Soboń złożył na piśmie wniosek o wycofanie zawiadomienia.
- Pamiętam to słabo, minęły całe lata. Ktoś udawał mnie, stworzył identyczny profil na WhatsApp. To nie było jednak włamanie, kradzież tożsamości, czy jakakolwiek ingerencja w mój komunikator. Nie wykluczam, że mogłem wycofać wniosek o ściganie - mówi Soboń.
O tym, że przy tej okazji prokuratura używała Hermesa wobec dziennikarzy były wiceminister twierdzi, że nic nie wie.
Pokrzywdzeni Hermesem
Jak wynika z informacji przekazanych nam oficjalnie przez rzecznika prokuratury Przemysława Nowaka, dotychczas pięciu dziennikarzy otrzymało od prokuratury status osób pokrzywdzonych. Stało się to w ostatnich miesiącach. Wśród nich jest Aleksandra Janiec, w przeszłości dziennikarka m.in. TVN24 i Polsatu.
- Czuję się fatalnie, mając dziś świadomość, że w prokuraturze wykorzystano sytuację, aby poznać moje hasła i być może czytać moją korespondencję - mówi w rozmowie z tvn24.pl.
Mimo statusu osoby pokrzywdzonej, prokuratorzy nie przyznali jej zgody na wgląd w akta sprawy. Takiego statusu nie ma jeszcze w śledztwie dziennikarz TVN24 BiS Jan Niedziałek.
- Pomijając to, że sprawa dotknęła mnie osobiście, to nie jestem w stanie znaleźć usprawiedliwienia i uzasadnienia dla wykorzystania tego narzędzia wobec dziennikarzy przez prokuraturę - mówi. Dodaje, że nie jest w stanie zrozumieć, do czego takie informacje były potrzebne prokuratorowi Ziarkiewiczowi.
Inaczej reaguje Mikołaj Wójcik, wieloletni dziennikarz, m.in. szef działu politycznego i wicenaczelny "Faktu", a od kilku lat współwłaściciel agencji komunikacji. - Cały wic polega na tym, że w tamtym czasie ja już nie byłem dziennikarzem. Zajmowałem się PR w Provident Polska i całe środowisko Zbigniewa Ziobro o tym wiedziało. Dlatego, że w tym czasie zabiegali o uchwalenie radykalnej ustawy antylichwiarskiej. Podejrzewam, że chodziło im o ustalenie, z kim się wtedy kontaktowałem - mówi.
Prokuratorzy, z którymi rozmawialiśmy, nie są w stanie odpowiedzieć na pytania, do czego mogły służyć tak szczegółowe informacje pozyskane Hermesem. - Na pewno nie chodziło o dobro śledztwa, bo nie przydały się w niczym - mówi jeden ze śledczych.
Nasz rozmówca wskazuje na szereg niezwykłych okoliczności tej sprawy: szef prokuratury regionalnej osobiście prowadził banalną na pozór sprawę, nadzorem objęła ją Prokuratura Krajowa, a w jej ramach ściągnięto prywatne dane wielu dziennikarzy.
- Ziarkiewiczowi grożą zarzuty nadużycia władzy. Pytanie, czy wyjaśni, w jakim celu zrobił to, co zrobił - mówi nam prokurator.
Redagowała Katarzyna Guzik