Krowa topiła się w Jeziorze Łebskim. Tak wyglądała akcja ratunkowa
Służby otrzymały zgłoszenie w niedzielę około godziny 14. Na miejsce - jezioro Łebsko w województwie pomorskim, na Wybrzeżu Słowińskim - zadysponowano Ochotniczą Straż Pożarną oraz Brzegową Stację Ratowniczą (BSR) z Łeby.
Sebastian Kluska dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa zwrócił uwagę w TVN24, że akcję utrudniał duży obszar do przeszukania. - Po około dwóch godzinach poszukiwań na wodzie, poddaliśmy się, myśląc, że krowa po prostu utonęła - mówił.
Służby uratowały topiącą się w jeziorze krowę
Kluska przekazał, że o godzinie 17 służby otrzymały kolejne zgłoszenie, tym razem od wędkarzy, którzy zauważyli zwierzę u ujścia rzeki Łeby. Strażakom i ratownikom udało się zlokalizować krowę i wyciągnąć na brzeg.
- Niemniej jednak jest to teren Słowińskiego Parku Narodowego, wszędzie dookoła bagna i mieliśmy problem, żeby to zwierzę po prostu przetransportować w miejsce, gdzie będzie mógł je właściciel odebrać, gdzie będzie mógł je potem zbadać weterynarz - kontynuował dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa.
Podkreślił, że zwierzę było wyczerpane i nie było w stanie samo chodzić. - Wspólnymi siłami jeszcze z jednym (zastępem) OSP Łebieniec ponad 900 metrów ciągnęliśmy tę krowę na desce ortopedycznej, takiej jak używa się w pogotowiu ratunkowym - relacjonował Kluska.
Ratownikom i strażakom udało się wspólnie dostarczyć krowę w bezpieczne miejsce, gdzie została przebadana przez weterynarza. - Po zastrzykach witaminowych krówka naprawdę czuła się fantastycznie - mówił Kluska.
Sebastian Kluska: nigdy tego nie ćwiczyliśmy
Kluska był pytany w TVN24, czy kiedykolwiek służby przeprowadziły podobną akcję. - Udało się nam wyciągnąć wilka. Udało się nam uratować psa. Krowa stanowiła duże wyzwanie, wcześniej nie mieliśmy takiej sytuacji, żebyśmy ciągnęli tak duże zwierzę - odpowiedział.
Dyrektor Morskiej Służby Poszukiwania i Ratownictwa przyznał również, że "otrzymanie informacji o tym, że topi się krowa w trzecim co do wielkości jeziorze na terenie państwa polskiego jest dosyć zaskakujące i wymagało od nas bardzo dużo siły, wysiłku i organizacji".
- Niesamowita siła ludzkich mięśni, determinacja tych ratowników, ale przede wszystkim, nie ukrywajmy, wielka radość z tego, że zwierzę po prostu udało się uratować - kontynuował.
W akcję ratowania krowy zaangażowanych było łącznie około 25 osób. Wśród nich był również właściciel zwierzęcia i weterynarze. - My nigdy tego nie ćwiczyliśmy. To nie jest element scenariusza. To są naprawdę bardzo trudne, niedostępne, dzikie tereny (...) Słowiński Park (Narodowy) rządzi się swoimi prawami. Tam nie ma wytyczonych ścieżek (...) nie ma żadnych innych służb ratowniczych, więc tak naprawdę jesteśmy po prostu zdani tylko na siebie, na doświadczenie tych ratowników znających akwen, znających te bagna - opisywał Kluska warunki pracy ratowników.