Przypominamy tekst pierwotnie opublikowany 9 maja 2023 roku. W środę sąd ogłosił wyrok w sprawie rodziców Kamila.
Mieszkał z matką, ojczymem, piątką rodzeństwa, ciotką, wujem i dwójką kuzynów. Mieli dwa przechodnie pokoje z kuchnią. Domownicy codziennie przechodzili obok jego łóżka w jednym z siedmiu mieszkań, na parterze, za drzwiami przy samych schodach. Ciągle ktoś przechodził obok tych drzwi - w kamienicy zrośniętej z innymi domami, z oknami na podwórze, a z drugiej strony wprost na wąską ulicę. Chodziło się więc tuż przy tych oknach, za którymi przez pięć dni leżał ze złamanymi rękami, ze złamaną nogą, z krwiakiem na głowie i oparzeniami 25 procent powierzchni ciała, przytomny.
Od 3 kwietnia był w szpitalu, na oddziale intensywnej terapii, w śpiączce farmakologicznej, która uśmierza ból. Długo nieleczone rozległe oparzenia spowodowały zakażenie organizmu i niewydolność wielonarządową. Podjęta po czterech tygodniach próba wybudzania została wstrzymana z powodu kolejnej infekcji. Chłopiec został podłączony do ECMO. To aparatura, która natlenia krew poza organizmem. Zastępuje płuca, czasem i serce, aż organizm się zregeneruje. 8 maja umarł.
Został pobity i poparzony w środę, 29 marca po południu, a pogotowie zostało wezwane do niego w poniedziałek, 3 kwietnia po południu.
Codziennie był w szkole, ale w tamten czwartek nie przyszedł.
Ani w piątek.
Ani w poniedziałek.
Dlaczego nikt nie pomógł mu wcześniej?
Dzieci z wielkiej traumy
- To nie jest tak, że na całej ulicy leje się alkohol - mówią mieszkańcy ulicy w Częstochowie, na której rozegrał się dramat Kamila.
Stoją tam stuletnie jednopiętrowe budynki, za czasów PRL zawłaszczone i zasiedlane przez państwo, od 1990 roku odzyskiwane i remontowane przez prawowitych właścicieli.
O kamienicę, w której mieszkał Kamil, nikt się nie upomniał. Do dzisiaj ma nieuregulowany stan prawny i pozostaje w administracji miasta. Mieszkańcy prywatnych domów wokół ucieszyliby się, gdyby zrównano ją z ziemią. I może będzie po ich myśli - w tym roku ma przejść ekspertyzę techniczną.