"Fundacja pomaga osobom, które z różnych przyczyn napotkały problemy prawne" - reklamuje się na swojej stronie Fundacja Lex Nostra. Jej prezesem jest Maciej Lisowski. Przychodzimy do niego w ważnej sprawie. Jednak zanim uda się nam z nim zobaczyć, cztery asystentki przez kwadrans wypytują nas po kolei, kim jesteśmy i po co przyszliśmy. W 130-metrowym biurze fundacji, znajdującym się na pierwszym piętrze zabytkowej kamienicy w centrum Warszawy, zostajemy zaproszeni do dużego pokoju z ciężkimi, rzeźbionymi meblami.
Siadamy za stołem i czekamy na prezesa.
Na ścianach wiszą zdjęcia Lisowskiego z ojcem byłego premiera Kornelem Morawieckim, obok stoi roll-up reklamujący książkę pt. "Prawo i pięść". Wydawca książki tak opisuje Lisowskiego: "Przez lata toczył nierówną walkę z bezdusznością i niesprawiedliwością aparatu państwa. Jego droga udowodniła, że można nie tylko przetrwać i nie złamać się, ale poczucie własnej krzywdy przekuć w potrzebę pomocy innym, często słabszym psychicznie niż on".
Asystentkom mówimy, że przyszliśmy po poradę prawną. To nie jest kłamstwo. Mamy ze sobą kopię zaświadczenia misjonarskiego wystawionego dla Kolumbijczyka, który przyjechał pracować w Polsce. Z dokumentu wynika, że Juan został duchownym Zakonu Najświętszej Maryi Panny. Przełożonym zakonu jest Maciej Lisowski, a siedziba zgromadzenia znajduje się pod tym samym adresem, co Fundacja Lex Nostra. Czyli w biurze, w którym siedzimy.
Chcemy zapytać Lisowskiego, czy uważa, że to legalne zarabiać na "misjonarzach" z Kolumbii, którzy dzięki dekretom pracują w Polsce bez zezwolenia, bez umowy o pracę, zdani na łaskę zakonu i agencji, która z nim współpracuje. Wiemy, że zakon Lisowskiego wystawił takich dekretów co najmniej kilkaset, a jego "misjonarze" pracowali m.in. jako magazynierzy w znanej firmie kurierskiej.
Lisowski w końcu się pojawia. Wchodzi do pokoju wsparty o laskę ze srebrną głową psa, na palcach połyskują złote sygnety z krzyżem i orłem. Najpierw mierzy nas wzrokiem, potem rozsiada się za stołem. Bierze do ręki kopię dekretu, którą mu podsuwamy. - Aaa… - wzdycha z uśmiechem.