We wtorek o 20.30 na antenie TVN24 pierwszy odcinek cyklu "Czarno na białym", czyli "Święty biznes. Dary z Chin". Oba odcinki dostępne są już w TVN24+.
Jak mówi stara ludowa mądrość: kto ma księdza w rodzie, tego bieda nie ubodzie. Dzięki przywilejom finansowym, jakie polskie państwo dało Kościołom oraz ich twórczemu wykorzystaniu przez oszustów, nie ubodzie też skarbówka, podatki, prawo pracy i prawo migracyjne.
W pięciu punktach podsumowujemy wyniki naszego śledczego cyklu pod tytułem "Święty biznes".
1. Założenie własnego Kościoła w Polsce jest łatwe
Żeby to zrobić, wystarczy złożyć odpowiedni wniosek w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji. Wniosek musi zawierać kilka dokumentów, m.in. opis liturgii i doktryny, czyli opis tego, w co wierzymy i jak wyznajemy nasze bóstwo. Oprócz tego musimy też dostarczyć podpisy 100 osób, które popierają naszą inicjatywę. Ministerstwo weryfikuje nasz wniosek tylko pod kątem formalnym. Sprawdza, czy właściwie wypełniliśmy dokumenty oraz czy doktryna naszego Kościoła nie łamie prawa, na przykład nie nawołuje do popełniania przestępstw.
Procedura zakładania własnego Kościoła przypomina więc typową sprawę urzędową. Składamy teczkę z dokumentami, urząd je weryfikuje i odsyła nam do ewentualnych poprawek i jeśli nie ma żadnych prawnych przeciwwskazań, nasz Kościół zostaje wpisany do oficjalnego rejestru. Dzięki temu, zgodnie z artykułem 25. Konstytucji RP, staje się równy wszystkim innym Kościołom działającym w Polsce.
Ten sam przepis, a także Ustawa o gwarancji wolności i sumienia dają naszemu Kościołowi autonomię w prowadzeniu swojej działalności. To my decydujemy, w jaki sposób i gdzie się modlimy, to my decydujemy, jak powołujemy duchownych. Zamiast świątyni i sześciu lat seminarium, jak w Kościele katolickim, w naszym Kościele wystarczy garaż i tysiąc złotych wpisowego albo pofarbowanie włosów na zielono. To oczywiście przerysowany przykład, ale w naszym Kościele jesteśmy potężniejsi od papieża - możemy, jak chcemy, powoływać i odwoływać duchownych, zakładać i likwidować parafie, zakony, misje, instytuty i co nam jeszcze przyjdzie do głowy.
Obecnie w Polsce działa 178 Kościołów, 14 kolejnych jest w trakcie rejestracji.
2. Własny Kościół pozwala unikać podatków i skarbówki
Wymyślanie rytuałów, obrzędów i strojów pewnie daje dużo frajdy, ale własny Kościół to konkretne pieniądze.
Kościół może prowadzić dwa typy działalności. Niegospodarczą, czyli wszystko, co z Kościołem kojarzymy - msze, obrzędy, modlitwy i tak dalej - oraz gospodarczą, czyli prowadzić firmy i spółki.
Plusem niegospodarczej działalności jest to, że możemy zniknąć z radarów skarbówki, bo Kościoły nie muszą się z niej sprawozdawać. Czyli na przykład ksiądz katolicki, który dostaje ofiarę za mszę czy sakramenty, nigdzie nie musi tych wpłat księgować ani wystawiać paragonów. Załóżmy więc, że jestem murarzem, który pracuje na umowę o dzieło. Po tym, jak zostanę duchownym jakiegoś Kościoła, mogę "pełnić posługę" i dalej świadczyć dokładnie te same usługi murarskie, ale osoba, która mnie zatrudnia, nie zapłaci mi pensji, a jedynie złoży ofiarę. De facto wszystko zostaje po staremu, ale ja, duchowny-murarz nie płacę podatku PIT ani nie muszę księgować mojego dochodu.
Jeszcze lepiej jest z prowadzeniem działalności gospodarczej. Zgodnie z prawem, jeśli Kościół jest jedynym właścicielem firmy, to nie płaci podatku CIT, czyli podatku, który płacą zwykli przedsiębiorcy. Warunek jest jeden: zysk muszę przekazać na działalność mojego Kościoła, na przykład na wymienione w ustawie "cele kultu religijnego". W praktyce takim celem może być wszystko, bo czy nowy samochód, którym dojadę do wiernych, albo dom, gdzie teoretycznie mogę odprawiać msze, nie służą mojemu Kościołowi?
Znamy też inne sprytne sposoby na kościelną optymalizację. Na Śląsku pewien mężczyzna ma prężnie działająca firmę produkującą urządzenia grzewcze. Firma działa obecnie jako spółka kościelna gminy wyznaniowej (odpowiednika parafii) jednego z Kościołów. Na czele tej gminy stoi prezes wspomnianej firmy. Prezes więc sam sobie, z jednej kieszeni do drugiej, przekazuje zysk: jako prezes przekazuje pieniądze sobie jako duchownemu na cele Kościoła. I znów - z zewnątrz firma działa jak normalny biznes, ale w praktyce nie płaci podatku dochodowego.
Wszystko zgodnie z przepisami.
Jak wynika z danych Ministerstwa Finansów, w 2024 roku działało ponad tysiąc kościelnych biznesów. Ich nieopodatkowany zysk wyniósł prawie 435 mln złotych.
3. Dzięki finansowym przywilejom Kościoły przyciągają przestępców
Opisane wyżej prezenty, jakie daje polskie państwo, sprawiają, że Kościoły jak lep przyciągają oszustów. Ze spraw, które znamy, wynika, że wykorzystują oni struktury związków wyznaniowych do przestępstw lub do prania pieniędzy pochodzących z przestępstw.
W sprawie jednej z gmin wyznaniowych Kościoła Naturalnego (założonego pod koniec 2021 roku) obecnie zarzuty usłyszało 15 osób. Przełożony gminy Lech K., który tytułował się biskupem, siedzi w areszcie. Śledczy zarzucają im działanie w zorganizowanej grupie przestępczej, pranie pieniędzy i wyprowadzenie z państwowego Funduszu Kościelnego 6 milionów złotych.
Co najmniej dwa śledztwa dotyczą Kościoła Starokatolickiego (działa od 1996 roku). W jednej sprawie chodzi o sprzedawanie darów, które miały trafiać do potrzebujących. Według prokuratury członkowie Kościoła mogli zarobić na tym ponad 18 milionów złotych. Drugie śledztwo skupia się na jednej z parafii tego Kościoła działającej w Świdwinie. Jak ustaliliśmy nieoficjalnie, śledczy sprawdzają m.in., kto wpłacał darowizny na rzecz parafii. Prokuratura bada też wątek składania wniosków o dotacje z Krajowego Planu Odbudowy, nadawanie tytułów lekarza medycyny zakonnej, wydawanie legitymacji zakonnika oraz dokumentów dyplomatycznych.
Patrząc na te przykłady, można by sądzić, że nie jest tak źle, skoro oszustwami w Kościołach zajmuje się prokuratura. Niestety, to tylko pozory. Bo tam, gdzie wkracza prokuratura, kościelni oszuści poszli po prostu o krok za daleko. Z głupoty, chciwości albo niewiedzy. W przypadku Kościoła Naturalnego "biskup" (przypomnijmy, obecnie siedzi w areszcie) pokłócił się z władzami tego Kościoła i to one usunęły go z organizacji i powiadomiły służby.
Ci, którzy działają sprytnie, tylko w obszarze, na który pozwalają im kościelne przywileje, mogą spać spokojnie. Poza tym uczą się na błędach. Wiemy, że wielu biznesmenów i zwykłych oszustów przenosi się między Kościołami i wie o "wpadkach innych". Co więcej, wokół Kościołów funkcjonuje coraz większa grupa wyspecjalizowanych prawników i ekspertów, którzy profesjonalizują kościelne usługi.
4. Fundusz Kościelny to skarbonka dla oszustów
Jak pisaliśmy wcześniej, duchownym Kościoła można zostać w pięć minut. Wtedy wystarczy tylko złożyć odpowiedni wniosek do ZUS-u i zostajemy objęci państwowym Funduszem Kościelnym.
Dzięki temu nasze składki społeczne i zdrowotne są pokrywane z publicznych pieniędzy (w 80 procentach dla duchownych, w 100 procentach dla misjonarzy i zakonników).
Co mi to daje? Będąc takim duchownym, mogę pracować na czarno (przyjmować pensję jako "ofiarę") albo na nieoskładkowaną umowę o dzieło. Więcej pieniędzy zostaje w kieszeni mojej albo mojego pracodawcy, przez co jestem bardziej "konkurencyjnym" pracownikiem.
W naszym cyklu opisujemy przypadki firm, które wdrożyły takie rozwiązania - zaproponowały swoim pracownikom zostanie misjonarzami.
Co więcej, można to robić na masową skalę. Wyobraźmy sobie, że zakładamy Kościół i hurtowo powołujemy duchownych. Zgodnie z prawem każdy z nich może korzystać z Funduszu Kościelnego na takich samych zasadach jak ksiądz katolicki, rabin czy pastor.
ZUS ma w tej sytuacji związane ręce. Po pierwsze, nie może kwestionować powołania duchownego, bo to wewnętrzna sprawa każdego Kościoła. Po drugie, jak wynika z kontroli NIK sprzed kilku lat, ZUS nie ma praktycznie żadnych narzędzi do badania, kto ze zgłoszonych duchownych faktycznie pełni posługę.
Donald Tusk od lat obiecuje likwidacje lub reformę Funduszu Kościelnego. W 2024 roku powołał nawet w tej sprawie specjalny zespół pod przewodnictwem wicepremiera i szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza. Co ciekawe, wicepremier zdaje sobie sprawę z problemu. Już rok temu na spotkaniu z episkopatem mówił, że fundusz wymaga uszczelnienia, bo jest wykorzystywany przez nowe Kościoły. Jednak reforma funduszu ugrzęzła. Zespół działający od 2024 roku spotkał się... dwa razy. Projekt zmiany funduszu w tej chwili jest konsultowany z przedstawicielami Kościołów, które - mówiąc w skrócie - są niechętne zmianom. Jak mówił nam jeden z ekspertów znających kulisy pracy zespołu, jesteśmy dokładnie w tym samym miejscu co w roku 2013, kiedy ówczesny rząd Donalda Tuska próbował zająć się Funduszem Kościelnym po raz pierwszy.
5. Kościoły ułatwiają niekontrolowaną migrację
Dla pracodawców to magazynierzy w firmie kurierskiej, pracownicy tartaku albo wykrawacze mięsa. Dla polskiego państwa to misjonarze.
To chyba najbardziej bulwersujący wątek, jaki odkryliśmy w naszym śledztwie. Migranci zarobkowi z krajów Ameryki Południowej i Azji przyjeżdżają do Polski na wizie turystycznej. Żeby legalnie pracować, mają dwa wyjścia: mogą czekać na wydanie zezwolenia o pracę, co jest czasochłonne i kosztuje, albo mogą zostać misjonarzami. Jak pisaliśmy wyżej, nie jest to trudne. Zajmuje to tyle, co napisanie na kartce dekretu misjonarskiego.
Jak to działa? Migranci zostają misjonarzami, a agencja pracy dogadana z Kościołem udostępnia ich pracodawcy, na przykład do przetwórni mięsa, gdzie "pełnią posługę". Pracodawca płaci agencji za pracowników, agencja "pod stołem" przekazuje określoną część pieniędzy Kościołowi, a ten wypłaca migrantom pensje, które w tym procederze nazywa - przykładowo - zwrotem kosztów misji.
Pracodawcy nie interesuje status pracowników, jego zysk jest taki, że szybko, "na już", ma przykładowo 200 pracowników gotowych do pracy. Agencja pracy zarabia, bo składki migrantów opłaca Fundusz Kościelny. A Kościół dostaje pieniądze od agencji pracy za wystawianie dekretów misjonarskich. Kto traci? Państwo oraz migranci, którzy - jak wynika z naszego śledztwa - często nie zdają sobie sprawy z tego, co podpisują. Co prawda, mogli zacząć pracę szybko, bez formalnego zezwolenia, ale ciemna strona jest taka, że są zdani na Kościół i agencję pracy. Komuś się nie podoba, że musi pracować po 12 godzin dziennie przez siedem dni w tygodniu? Kościół po prostu może usunąć go ze swoich szeregów, wtedy zostanie bez pracy i bez pieniędzy. Oficjalnie nikt przecież nikogo nie zatrudniał ani nie wypłacał pensji.
A co na to państwo? Ma związane ręce.
Przedstawiliśmy wyniki naszego śledztwa wiceszefowi MSWiA Tomaszowi Szymańskiemu. Zapytaliśmy, czy zatrudnianie takich migrantów-misjonarzy jest legalne. - Zgodnie z prawem jest - odpowiedział z rozbrajającą szczerością wiceminister, siedząc przed naszą kamerą.
Masz ciekawe informacje? Napisz do autorów: sebastian.klauzinski@wbd.com, olga.orzechowska@wbd.com.
Redagował Piotr Machajski
Źródło: TVN24+
Źródło zdjęcia głównego: TVN24