To już siódma rozprawa w tym procesie, ale głos zabrała wczoraj dopiero trzecia z sześciorga oskarżonych. I od razu zaczęła z wysokiego C.
- Wysoki sądzie, nigdy nie sądziłam, że wykonując rzetelnie obowiązki przynależne pracownikowi służby cywilnej, znajdę się na ławie oskarżonych i to z zarzutem udziału w zorganizowanej grupie przestępczej - zapewniła Karolina Ś. (a w czasie objętym zarzutami K.). - Jako zwykły obywatel oczekuję uczciwego i bezstronnego procesu - podkreśliła.
Prokuratura stawia jej cztery zarzuty. Karolina Ś., choć mówiła wczoraj przez ponad trzy i pół godziny, zdążyła odnieść się do zaledwie dwóch zarzutów, a do drugiego i tak nie w pełni. Swoje wystąpienie przygotowała na piśmie, ale mówiła tak pewnie i swobodnie, że wyglądało na to, że raczej wspiera się notatkami, niż czyta. Nie ulega wątpliwości, że dokładnie przestudiowała nie tylko akt oskarżenia, ale całe akta liczące kilkadziesiąt tysięcy stron.
Sypała numerami tomów, kart i załączników, wskazywała daty i sygnatury.
Tak, jak minister lubi
Karolina Ś. pracowała w Ministerstwie Sprawiedliwości równo dekadę, w latach 2010-2020. Doszła do stanowiska zastępcy dyrektora Departamentu Funduszu Sprawiedliwości. To tam miały być dzielone pieniądze dla ofiar przestępstw. To za pieniądze z tego funduszu promowali się potem politycy Solidarnej (a następnie Suwerennej) Polski, czyli partii, którą kierował szef resortu Zbigniew Ziobro.
Jego nazwisko padło podczas wczorajszej rozprawy trzykrotnie. I choć użyte w dopełniaczu i celowniku, to padło tak, jak były minister lubi, czyli bez odmieniania: Ziobro. Jeszcze do niego wrócimy.