Grażyna Hase, jedna z najwybitniejszych postaci polskiej mody, wciąż projektuje - choć, jak sama przyznaje, dziś raczej do szuflady. To los wielu twórców, którzy wraz z wiekiem przestają być naturalnie włączani w obieg współczesnej branży. - Nie chcę powiedzieć, że jestem niepotrzebna, ale nikt nie wpadł na pomysł, by to wykorzystać - mówi projektantka z charakterystyczną szczerością i dystansem. Hase z goryczą obserwuje zmiany, jakie zaszły w świecie mody. Jej zdaniem dzisiejsze modelki różnią się od tych sprzed lat, przede wszystkim podejściem do pracy i szacunkiem do ubrań. - Kiedyś modelki szanowały to, co nosiły. Teraz zrzucają, depczą - podkreśla. Z tego powodu nie przekazuje już swoich projektów do pokazów. Choć wciąż interesuje się modą, nie nosi już włąsnych ubrań. Traktuje je jak eksponaty, świadectwo minionych czasów. - Mam oryginały z tamtych lat - przyznaje. - Moje rzeczy miały wartość, bo ja szanowałam tkaninę. U mnie to było prawdziwe. Gdy dotykam tkaninę, od razu mnie parzy ta niedobra. Do tego stopnia, że jak wyrabiałam paszport, to się okazało, że nie mam linii papilarnych - opowiada Piotrowi Jaconiowi. Projektantka wspomina także przełomowe momenty swojej kariery, w tym pierwszy wyjazd polskiej ekipy modowej za Żelazną Kurtynę - pokaz Heleny Bohle-Szackiej w Berlinie Zachodnim w 1965 roku. Było też o rodzinie, ojcu, przyjaźni i wierze w ludzi. Pozostaje wierna wartościom, które towarzyszyły jej przez całe życie.<br/> <br/> <br/> <br/> <br/> <br/>