Łęczyca to nieduże miasto na północy województwa łódzkiego. Zamieszkuje ją niecałe 13 tysięcy ludzi. Jej burmistrzem drugą kadencję jest Paweł Kulesza z Koalicji Obywatelskiej. Już pod koniec maja grupa mieszkańców poinformowała, że będzie chciała doprowadzić do przeprowadzenia referendum. Wtedy jednak komisarz wyborczy w Łodzi odrzucił pierwsze zawiadomienie komitetu z powodu błędów formalnych. 9 czerwca procedura ruszyła jednak ponownie i komitet może legalnie zbierać podpisy. W wielu miejscach miasta pojawiły się banery, informacje pojawiają się też w mediach społecznościowych. Inicjatorzy zbierający podpisy pojawiają się też co kilka dni w różnych częściach Łęczycy.
"Rosło, rosło i się wylało"
Głównymi zarzutami do włodarza Łęczycy stawianymi przez inicjatorów referendum są utracone zaufanie do Pawła Kuleszy, kolesiostwo, brak dużych inwestycji, kulejąca polityka mieszkaniowa i brak atrakcji dla najmłodszych.
Z pełnomocniczką grupy referendalnej Moniką Buczyńską spotykam się na rynku w Łęczycy. Już na początku zapewniła, że za inicjatywą nie stoi żadna partia polityczna, a zwykli mieszkańcy "z różnych grup społecznych".
- To wszystko rosło, rosło i się wylało. Stąd decyzja o zbieraniu tych podpisów i przeprowadzeniu referendum w Łęczycy - argumentowała.
- W ubiegłym roku pan Kulesza rozpoczął marsz nie w tę stronę, którą powinien. Na przykład pomysł likwidacji kuchni szkolnych, który ostatecznie upadł - opowiada. Na początku roku lokalne media informowały, że burmistrz Paweł Kulesza chce zlikwidować w szkołach kuchnie, a obiady miały być dowożone przez firmę kateringową. W ten sposób włodarz chciał zaoszczędzić. Po protestach - między innymi rodziców - wycofał się z tego pomysłu.
- Jak pan zauważył, mamy tu fontannę i byłam świadkiem, jak policja podjechała do dzieci, które się w niej kąpały. W Łęczycy nie mamy nawet kąpieliska, pan burmistrz wysyła nas do Uniejowa czy Ozorkowa, mówiąc, że to jest w pobliżu. To jest skandal - wylicza Buczyńska.
Wskazała też na sprzedaż kamienicy z działką w centrum miasta za 361 tysięcy złotych. Podkreślała też, że z włodarzem nie ma żadnego dialogu, nie było też szans na przeprowadzenie żadnych konsultacji społecznych. - Pan burmistrz teraz wzywa nas do dialogu, rozmów. Miał na to kupę lat, bo to jest jego druga kadencja i ludzie mają po prostu tego dość - dodała.
Przekazała, że do tej pory udało się zebrać około 600 podpisów. - Zakładamy, że uda nam się zebrać 1500 podpisów, żeby była górka, bo często się zdarza, że czegoś brakuje albo są jakieś wątpliwości - podsumowała.
Zdania podzielone
O zbieraniu podpisów, ewentualnym referendum i ocenie rządów obecnego burmistrza rozmawiałem z mieszkańcami w samym sercu miasta - na miejscowym rynku.
- Nie mam z nim do czynienia, ale ja bym go nie odwoływał, w zeszłym roku order mi dał na 50-lecie ślubu, niech sobie rządzi - mówi mi starszy mężczyzna, siedzący na ławce.
Dalej spotykam dwie kobiety, jedna szła z psem. - Ja się tym nie interesuję, ja też nie - słyszę na dzień dobry.
- Ja bym się nie podpisała, co to da, ile mu tam zostało, półtora roku? - dodaje. - Jakie półtora roku, jeszcze ze cztery lata - odpowiada druga z kobiet. - A to i tak nie robi różnicy, czy będzie ten, czy inny to i tak będzie to samo, ja nie będę się nigdzie podpisywała - skwitowała.
Dalej spotykam mężczyznę jadącego na rowerze. Pytam o zbierane podpisy i ewentualne referendum. - A kto jest teraz burmistrzem u nas, bo nie wiem nawet? - odpowiada. - Paweł Kulesza - odpowiadam. - To nie znam i jest mi to zupełnie obojętne - powiedział i wsiadł na rower i pojechał dalej.
Kolejną osobą była młoda kobieta z dzieckiem w wózku, sprawdzała coś w telefonie. Pytam o to samo, co jej poprzednika. - Ja już podpisałam się pod listą - odpowiedziała. - Dla mnie ważne jest, żeby coś się działo w tym mieście, a nie dzieje się nic. Dzieciaki latają samopas, nawet nie mają miejsca dla siebie - skwitowała.
- Czerwona kartka dla pana Kuleszy, doprosić się mieszkania nie mogę, na TBS mnie nie stać, naobiecywał, jak się do koryta chciał dostać, ale nic z tego nie realizuje, zamierzam się podpisać - powiedział mężczyzna przechodzący obok Urzędu Stanu Cywilnego.
"Będę protestował przeciwko metodzie i ludziom, którzy się za tym chowają"
Z burmistrzem Pawłem Kuleszą spotykam się w jego gabinecie. Podnoszę argumenty, które słyszałem od pełnomocniczki zbierania podpisów. Na dzień dobry słyszę, że się z nimi "absolutnie nie zgadza i że są krzywdzące i kłamliwe".
- Mają prawo nie lubić burmistrza, bo człowiek - powiem kolokwialnie - nie jest zupą pomidorową, natomiast powinniśmy się odnosić do zarzutów merytorycznie, a one bronią się same. Miasto jest w świetnej kondycji finansowej, rozwija się, jest przepiękne, jest czyste. Mamy wiele ofert dla młodzieży, ludzi w podeszłym wieku. Mamy kąpielisko, które jest problematyczne, dlatego że tworzymy je na zbiorniku, który niestety nie żyje cały rok, a to stwarza kolejne zagrożenia, nikogo do Ozorkowa czy Uniejowa nie wysyłam - powiedział burmistrz.
Wskazał, że sam korzysta ze sztucznych akwenów, i zachęcił łęczycan do jazdy do pobliskiej Topoli Królewskiej, gdzie nie tak dawno powstał basen. Zapewnił też, że miasto "jest na etapie przygotowania dokumentacji, która pozwoli wybudować łęczycki basen". Ma w tym pomóc rządowe dofinansowanie.
Zapewnił, że nie chciał likwidować szkolnych kuchni, ale chciał poprawić i usprawnić ich funkcjonowanie.
Dopytuję, czy nie boi się, że może podzielić losy byłego już prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, którego mieszkańcy odwołali w referendum?
- Jestem samorządowcem od 30 lat, przeszedłem w tej działalności wszystkie szczeble - od zwykłego radnego, przez przewodniczącego, do drugiej kadencji burmistrza. Codziennie rozmawiam z ludźmi. Ludzie są oburzeni tym, co się dzieje. Ale poddam się każdemu rozwiązaniu, bo taka jest demokracja. Ubolewam tylko, że tworzymy pewne rozwiązania, które nie przystają do realiów, a stało się to trendem i modą ogólnokrajową, szczególnie nakierowaną do włodarzy o określonych sympatiach politycznych - odpowiedział Kulesza.
Dodał, że nie ma sobie nic do zarzucenia, nie zgadza się z inicjatorami przeprowadzenia referendum i nie boi się, że może zostać odwołany z funkcji. - To nie jest kwestia strachu, ja naprawdę już się wielu rzeczy nie boję, mam swoje lata. Natomiast będę protestował przeciwko metodzie i przeciwko ludziom, którzy się za tym chowają - podsumował.
Procedura w toku
Dyrektor Krajowego Biura Wyborczego w rozmowie z tvn24.pl potwierdziła przyjęcie powiadomienia o zamiarze wystąpienia z inicjatywą przeprowadzenia referendum odwoławczego burmistrza Łęczycy przed upływem kadencji.
- W tej chwili sytuacja wygląda tak, że zawiadomienie o zamiarze przeprowadzenia referendum wpłynęło 8 czerwca i czas na zbieranie podpisów i złożenie wniosku do komisarza wyborczego - inicjator ma na to 60 dni - czyli do 7 sierpnia może zbierać te podpisy. Wymagana liczba to dokładnie 1022 podpisy - czyli 10 procent uprawionych do głosowania mieszkańców - informuje nas dyrektor Delegatury Krajowego Biura Wyborczego w Łodzi Anna Milewska.
I dodaje: - Komisarz na zbadanie wniosku i wydanie postanowienia ma 30 dni od złożenia wniosku, a następnie referendum przeprowadza się zgodnie z artykułem 26 ustęp 3 Kodeksu wyborczego w dzień wolny od pracy, najpóźniej w 50. dniu od dnia opublikowania postanowienia o przeprowadzeniu referendum.
Oznacza to, że jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem inicjatorów, to referendum w sprawie odwołania burmistrza Łęczycy mogłoby się odbyć późną jesienią.