Po decyzji prezydenta w sprawie "lex szarlatan". Co sądzą eksperci?

Karol Nawrocki podpisujący ustawę
Ustawa lex szarlatan bez podpisu prezydenta
Źródło zdj. gł.: Mikołaj Bujak/KPRP
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Rozczarowanie - tak zgodnie ruch Karola Nawrockiego w sprawie "lex szarlatan" komentują medycy i naukowcy. - To cios w bezpieczeństwo pacjentów - punktuje wielu. "Ustawa miała szczególnie chronić dzieci, chorych na raka, ludzi z ciężkimi chorobami nieuleczalnymi i osoby z zaburzeniami psychicznymi" - zwraca uwagę znana wirusolożka.

Karol Nawrocki poinformował w czwartek, że nie podpisał ustawy zwanej "lex szarlatan", kierując ją do Trybunału Konstytucyjnego. Przedstawił też propozycje własnych zmian w Kodeksie karnym. "Lex szarlatan bez podpisu prezydenta. To bardzo zła wiadomość dla pacjentów. Mimo wyraźnego poparcia środowisk medycznych, organizacji pacjenckich i ekspertów, nowelizacja ustawy o prawach pacjenta i Rzeczniku Praw Pacjenta została skierowana do Trybunału Konstytucyjnego" - tak na decyzję głowy państwa zareagowało Ministerstwo Zdrowia na platformie społecznościowej.

Na ruch Karola Nawrockiego reagują też lekarze. - Przyjmujemy decyzję prezydenta z rozczarowaniem. Odnotowujemy jednak fakt, że problem szarlatanerii i pseudomedycyny został uznany za wymagający pilnej i zdecydowanej reakcji państwa. To ważny sygnał - napisał w czwartkowym komunikacie Okręgowej Rady Lekarskiej (ORL) w Warszawie jej prezes, dr n. med. Artur Drobniak. Zaznaczył, że "z punktu widzenia lekarzy i samorządu lekarskiego najważniejsze jest bezpieczeństwo pacjentów". "Nie może być przyzwolenia na sytuacje, w których osoby posługujące się pseudonauką wprowadzają pacjentów w błąd, odciągają ich od właściwego leczenia albo oferują niesprawdzone metody jako alternatywę dla medycyny opartej na dowodach naukowych" - dodał.

Ekspertka wylicza konsekwencje decyzji prezydenta

"Prezydent miał do tego prawo. Konstytucja daje mu taką możliwość" - zauważyła wirusolożka Agnieszka Szuster-Ciesielska we wpisie w mediach społecznościowych. Wyjaśnia w nim, co ta decyzja oznacza w praktyce.

"Po pierwsze, ustawa nie wchodzi w życie. Nie obowiązuje i nie wiadomo, kiedy zacznie. Trybunał nie ma terminu, w którym musi taką sprawę rozpatrzyć. (...)" - zauważa i dodaje, że jeśli Trybunał uzna ustawę za zgodną z Konstytucją, potrzebny będzie jeszcze podpis prezydenta. "Potem mijają trzy miesiące, zanim przepisy zaczną działać. Czyli w najlepszym razie mówimy o wielu miesiącach zwłoki" - komentuje ekspertka. Jak tłumaczy, w tym czasie nic się nie zmienia.

Zmiany w Kodeksie karnym nie zastąpią tej ustawy?

"Rzecznik Praw Pacjenta nadal nie może szybko przerwać niebezpiecznej działalności. Nie może ostrzec publicznie przed kimś, kto sprzedaje chorym cudowne terapie. Nie może nałożyć kary. Zostaje prokuratura, a wszyscy wiemy, jak to wygląda. Sprawy trwają latami, a najczęściej zaczynają się dopiero wtedy, gdy ktoś już umarł" - komentuje. Jej zdaniem w tej sytuacji najbardziej tracą dzieci, chorzy na raka, ludzie z ciężkimi chorobami nieuleczalnymi i osoby z zaburzeniami psychicznymi, bo to ich miała chronić ustawa zwana "lex szarlatan".

Wirusolożka wskazuje, że ustawa nie zakazuje zielarstwa, masażu, akupunktury ani kosmetologii. "Żeby przepisy w ogóle zadziałały, ktoś musi zarabiać na tym, że przedstawia niesprawdzoną metodę jako leczenie, na przykład dziecka albo osoby z chorobą nowotworową. Jeśli komuś nie podoba się brzmienie konkretnego artykułu, rozmawiajmy o tym artykule. To jednak nie powód, żeby wstrzymać całą ustawę na nieokreślony czas" - uważa Szuster-Ciesielska.

"Zmiany w kodeksie karnym nie zastąpią tej ustawy. Prawo karne wchodzi do akcji po fakcie, gdy krzywda już się stała, i wymaga długiego procesu. Sens 'lex szarlatan' był inny. Chodziło o to, żeby móc zatrzymać oszusta wcześniej, zanim chory odstawi chemioterapię" - konkluduje.

"Dzikie laboratoria" i działania po fakcie

"Brak nowych przepisów oznacza, że wciąż bezkarnie działać będzie medyczne podziemie - w tym tzw. "dzikie laboratoria", w których osoby bez uprawnień wykonują i interpretują badania laboratoryjne, bez standardów jakości, łamiąc prawo i żerując na ludzkiej rozpaczy" - napisała prezes KRDL. Według niej Rzecznik Praw Pacjenta - przy wsparciu ekspertów i samorządu - potrzebuje realnych, szybkich narzędzi, by natychmiast tamować szarą strefę i ścigać oszustów naciągających ciężko chorych na fałszywe diagnozy. Podkreśliła, że bezpieczeństwo chorych musi być ponad interesem szarlatanów.

"Proponowane zmiany w kodeksie karnym tego nie załatwią, bo działają dopiero po fakcie - gdy krzywda już się stała" - zauważa także Monika Pintal-Ślimak, prezes Krajowej Rady Diagnostów Laboratoryjnych, we wpisie na portalu społecznościowym. W jej opinii decyzja o skierowaniu ustawy tzw. "lex szarlatan" do Trybunału Konstytucyjnego to "cios w bezpieczeństwo pacjentów".

Pseudomedycyna to ogromne źródło zarobku

- To była ustawa, która dawała uprawnienia rzecznikowi praw pacjenta do tego, żeby kontrolować takie podmioty, które stosują pseudoterapie, które są niezgodne z obecnie obowiązującą wiedzą medyczną, wskazywać i doprowadzać do zaprzestania takiej działalności - wyjaśniała na antenie TVN24 dziennikarka TVN Anna Wilczyńska. W ostateczności, jeśli wspomniane środki nie przyniosłyby efektu, ustawa pozwalałaby nakładać na wspomniane podmioty kary nawet do 1 miliona złotych.

- To było narzędzie, które miało "oczyścić" ten rynek, bo to jest źródło ogromnego zarobku dla wielu osób - mówiła dziennikarka, wskazując, że cierpieli na tym pacjenci. Przedsiębiorstwa, firmy i osoby prowadzące taką pseudomedyczną działalność reklamują się, obiecując pomoc pacjentom, którzy są często śmiertelnie chorzy. Takie osoby są najbardziej zdeterminowane, by chwytać się każdej nadziei.

To gigantyczny rynek - oceniała Anna Wilczyńska. Pseudomedycy są w stanie przekonać chorych, by na przykład nie podejmowali leczenia chemio- radio- czy immunoterapią, bo to jest "spisek lekarski", a w zamian proponują supelementy, biorezonans magnetyczny czy witaminy. - Nie mają one potwierdzonej skuteczności w żadnych badaniach medycznych, a kosztują często kilka tysięcy złotych - zauważyła dziennikarka, która podejmowała w swojej pracy temat szarlatanów. Takie osoby potrafią zwalczać nieistniejące pasożyty albo wykrywać choroby, których nie ma.

Kto zabiegał o weto?

Tak zwana ustawa "Lex szarlatan" miała chronić potencjalnego pacjenta przed oszustwem i działaniami niezgodnymi z wiedzą medyczną. Teraz ktoś, kto mówi, że potrafi pomóc w "alternatywny sposób", nie poniesie konsekwencji. Wiadomo, że o prezydenckie weto zabiegali przedstawiciele "różnych środowisk pacjenckich, ale także np. biznesu", jak informował szef Kancelarii Prezydenta RP Zbigniew Bogucki.

Wśród organizacji apelujących o zawetowanie przepisów jest m.in. Instytut Ordo Iuris. W ocenie organizacji "nowe regulacje drastycznie naruszają konstytucyjną wolność słowa, swobodę badań naukowych, autonomię pacjenta oraz wolność działalności gospodarczej". Apel o weto z 25 tys. podpisów zaniosła do Kancelarii Prezydenta RP także delegacja propagatorów tzw. medycyny niekonwencjonalnej, w tym Jerzego Zięby. Mężczyzna w 2023 r. skazany został za znieważenie i zniesławienie lekarzy. Odpowiada też przed sądem m.in. za bezprawną sprzedaż środków, którym przypisywano właściwości lecznicze.

- Najwyraźniej te poglądy, te sposoby leczenia w tym miejscu sceny politycznej zyskują zwolenników. To są duże pieniądze, to są gigantyczne biznesy, które przy takiej ustawie de facto ległyby w gruzach. Dobrze dla nich, źle dla nas. Wydaje mi się, że to jest efekt klasycznego lobbyingu - oceniła Anna Wilczyńska.

Prezydent ogłosił w czwartek własną inicjatywę legislacyjną przeciw szarlatanom. - Przygotowałem projekt nowelizacji Kodeksu karnego, który jest realnym, skutecznym i przede wszystkim bezpiecznym dla demokracji rozwiązaniem problemu szarlatanów - poinformował. Dodał, że rządowa ustawa budzi wątpliwości konstytucyjne.

Źródło: TVN24, tvn24.pl, PAP
Czytaj także: