Od lutego bez porodówki w Wadowicach. "Decyzja jest bardzo trudna"

szpital wadowice porodowka
Od lutego bez porodówki w Wadowicach
Powiatowy szpital w Wadowicach od 1 lutego zawiesi działalność oddziału ginekologiczno-położniczego. Decyzja ta oznacza, że przyszłe mamy z powiatu wadowickiego będą musiały jeździć dziesiątki kilometrów, by urodzić dzieci. W mieście nie brakuje emocji, rozmów i protestów. Co postulują protestujący?

Od 1 lutego 2026 roku działalność oddziałów ginekologiczno-położniczego oraz noworodków i wcześniaków zostanie zawieszona. To kolejne miejsce w Polsce, z którego kobiety będą musiały jeździć dziesiątki kilometrów, aby urodzić dzieci. Jak przypomniał w relacji z Wadowic w "Dniu na żywo" Konrad Borusiewicz, reporter TVN24, głównym argumentem, jaki podnoszą dyrektorzy szpitali w całym kraju, jest spadająca liczba urodzeń.

Podczas środowej konferencji prasowej w Ministerstwie Zdrowia kierownictwo resortu poinformowało, że w całym ubiegłym roku zamkniętych zostało 26 porodówek. Część punktów zawiesza działalność. - Są miejsca, gdzie odbywa się mniej niż trzysta-czterysta porodów rocznie, czyli rzadziej niż raz dziennie. Nie da się tam utrzymać odpowiedniego poziomu opieki, bezpieczeństwa, abstrahując już od tego, że to w żaden sposób nie może być opłacalne finansowo - tłumaczył podczas konferencji prof. Mirosław Wielgoś, konsultant krajowy ds. perinatologii. Jak ustalił reporter TVN24, na 88 oddziałach w całym kraju przyjmuje się mniej niż 400 porodów rocznie.

Za mała liczba narodzin

- W 2018 roku w tym szpitalu urodziło się prawie 1,5 tysiąca dzieci. W 2020 tysiąc dzieci. W zeszłym roku 566. I był to w stosunku do 2024 roku 15-procentowy spadek. Przy takiej dynamice spadków ten oddział nie ma szans funkcjonowania - podkreślała w rozmowie z reporterem TVN24 Barbara Bulanowska, dyrektorka szpitala powiatowego im. Jana Pawła w Wadowicach.

Klatka kluczowa-165733
Barbara Bulanowska: ten oddział nie ma szans funkcjonowania

- Decyzja jest bardzo trudna i żyjemy w bardzo trudnych w tym szpitalu czasach, ponieważ jestem przyzwyczajona do rozwijania instytucji, a tutaj przyszło mi niestety podjąć decyzję o ograniczeniu działalności, czyli najpierw o zawieszeniu, a potem rozpoczęciu procesu likwidacyjnego oddziału ginekologiczno-położniczego z neonatologicznym - dodała.

- Serce boli, ale każdy dyrektor musi podejmować odpowiedzialne decyzje. Jeżeli widzimy drastyczną dynamikę spadku liczby urodzin, porodów w szpitalu, to nie możemy siedzieć, czekać i nie patrzeć, jakie są trendy demograficzne, czy po chwili kryzysu oddział miałby szansę jeszcze raz stanąć na nogi, czy nie. Niestety, w tym przypadku te odpowiedzi są negatywne. W związku z tym musiałam podjąć decyzję o rozpoczęciu tego procesu, który jest ogromnie trudny dla personelu i dla mnie osobiście. Od ponad sześciu lat pracuję w tym szpitalu i przez cały czas walczyłam o niego, żeby stawiać go na nogi i rozwijać - podkreśliła Bulanowska.

Najbliższe szpitale, w Suchej Beskidzkiej, Chrzanowie, Myślenicach czy Krakowie, są od Wadowic oddalone o od ponad 20 do około 40 kilometrów. Czas potrzebny na podróż z Wadowic do Suchej Beskidzkiej to około pół godziny, ale przy bardzo spokojnym ruchu. W godzinach szczytu ten czas może się wydłużać nawet do więcej niż godziny.

Protesty i apel personelu

W Wadowicach nie milkną emocje po decyzji o zamknięciu porodówki. Pracownicy szpitala protestują i apelują o czas na opracowanie planu naprawczego - wierzą, że oddział można jeszcze uratować. Dyrekcja odpowiada jednak, że kolejne miesiące działalności przynoszą straty liczone w milionach złotych, a opóźnianie decyzji mogłoby zagrozić funkcjonowaniu innych części placówki.

Konrad Borusiewicz rozmawiał z załogą oddziałów. Jak poinformował w swojej relacji, lekarze przekonywali, że potrzebują około dwóch lat, żeby stworzyć program naprawczy i wdrożyć go, by przekonać się, czy porodówkę uda się uratować. Dyrekcja stoi jednak na stanowisku, że to za długo, by dotować oddział, który tylko w ubiegłym roku przyniósł 12 milionów złotych straty, a próby utrzymywania go negatywnie odbiją się na kondycji innych, które obsługują o wiele więcej pacjentów.

- Nasz oddział jest jedynym oddziałem ginekologiczno-położniczym w powiecie i zależy nam na dobru naszych pacjentek - mówiła jedna z protestujących. - Jako zespół walczymy o przywrócenie sprawności oddziału, który istnieje od 80 lat - podkreślał inny ze zgromadzonych. - Od dłuższego czasu nie ma żadnego dialogu. Dyrekcja nie ma z nami kontaktu, nie kontaktowała się też w żaden sposób przed podjęciem tak drastycznej decyzji - dodała protestująca pod szpitalem pracownica szpitala.

A jakie są postulaty? - Przede wszystkim chcemy, żeby nasze koleżanki, które spędziły na likwidowanych oddziałach po 20-30 lat swojego życia i mają rok, dwa do dopracowania [do emerytury - red.], mogły je dopracować na swoich stanowiskach pracy, bo one wkładają w to kupę serca - podkreśliła inna pracownica szpitala.

Tymczasem na ogłoszenie czeka podpisane w czwartek rozporządzenie Ministra Zdrowia wprowadzające nowe regulacje dla szpitali dotyczące porodów. Rozporządzenie, które jest odpowiedzią na podyktowane demografią zamykanie przez szpitale porodówek, zakłada utworzenie interwencyjnych punktów położniczych, tzw. pokoi narodzin, przy szpitalnych oddziałach ratunkowych (SOR) czy izbach przyjęć w placówkach, w których dotychczas był oddział położniczy.

Wiceminister zdrowia Tomasz Maciejewski powiedział w środę, że w takim pokoju narodzin będzie mógł się odbyć poród, jeśli do szpitala trafi kobieta w zaawansowanej akcji porodowej i nie zdąży dojechać do szpitala z oddziałem położniczym. Zaznaczył, że pokój narodzin ma być wyposażony tak jak sala porodowa, a poród ma odbierać wykwalifikowana położna.

- Pamiętajmy o tym, że demografia w Europie i na świecie od lat jest taka, jaka jest. Coraz mniej dzieci przychodzi na świat i od wielu, wielu lat powoli zamykają się kolejne oddziały położnicze. Najczęściej przekształcają się w oddziały ginekologii planowych działań, bo też w związku ze zmianą wiekową społeczeństwa potrzebujemy coraz więcej świadczeń ginekologicznych, a coraz mniej położniczych. Najczęściej w miejscach, gdzie został zamknięty oddział położniczy, pozostaje oddział ginekologii planowych działań ginekologicznych - tłumaczył Maciejewski.

Szpital z pokojem narodzin będzie też musiał mieć w ciągłej dyspozycji służącą do transportu rodzącej karetkę z zespołem składającym się z kierowcy, ratownika i położnej.

- Nie ma takiej sytuacji, że w każdej miejscowości jest szpital, że w każdej miejscowości jest oddział położniczy. Zawsze gdzieś trzeba dojechać. Tych działań, o których mówimy, dokonujemy zgodnie z określoną mapą potrzeb zdrowotnych - tłumaczył podczas konferencji prasowej prof. Mirosław Wielgoś.

Czytaj także: