- Narodowy Fundusz Zdrowia chce wprowadzić zmiany w finansowaniu nadwykonań w diagnostyce obrazowej, płacąc za nie tylko 40 procent dotychczasowej stawki.
- Podobne rozwiązania mają zostać zastosowane także w rehabilitacji oraz ambulatoryjnej opiece specjalistycznej.
- Eksperci ostrzegają, że negatywne skutki tych zmian odczują pacjenci, zwłaszcza w kontekście wydłużających się kolejek do badań.
- NFZ argumentuje, że liczba świadczeń wzrosła nieznacznie, ale ich wartość finansowa zwiększyła się o 152 procent w ciągu czterech lat.
- Organizacje pacjenckie i eksperci obawiają się powrotu długich kolejek do badań, jakie miały miejsce przed zniesieniem limitów.
Sygnały o tym, że NFZ planuje zmiany w rozliczaniu nadwykonań w świadczeniach, które są nielimitowane, pojawiły się już na początku miesiąca, a tak naprawdę dużo wcześniej - pod koniec ubiegłego roku, kiedy to światło dzienne ujrzał plan oszczędności, jakie rozważa Ministerstwo Zdrowia.
Jedną z pozycji było przywrócenie zniesionych kilka lat temu limitów w opiece specjalistycznej, leczeniu zaćmy i diagnostyce obrazowej. Po fali krytyki (podnoszono m.in., że dzięki zniesieniu limitów kolejki do operacji zaćmy zostały zredukowane praktycznie do zera) resort zaczął się wycofywać z pomysłu limitowania na rzecz wprowadzenia tzw. degresji, czyli rozliczania tylko części wartości wykonanych świadczeń.
Teraz ten plan zaczyna się urzeczywistniać, właśnie w odniesieniu do tzw. wysokokosztochłonnych badań, czyli tomografii komputerowej, rezonansu magnetycznego oraz kolonoskopii i gastroskopii. Za takie nadwykonania chce płacić tylko ułamek wyceny.
Zdaniem przedstawicieli szpitali powiatowych doprowadzi to do faktycznego limitowania świadczeń, tylko odpowiedzialnością za nie zostaną obarczone szpitale. - Prezes NFZ mówi, że nie limituje świadczeń, bo tak naprawdę my to zrobimy. Taki będzie tego efekt - ostrzegał podczas odbywającego się w Katowicach Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (HCC) Waldemar Malinowski, prezes Ogólnopolskiego Związku Pracodawców Szpitali Powiatowych.
Najpierw diagnostyka obrazowa, potem rehabilitacja
O ile zmiany w finansowaniu tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego nie są dużym zaskoczeniem, bo badania te były wymieniane w ubiegłorocznym planie oszczędności resortu zdrowia, o tyle badania układu pokarmowego wzbudziły już niemałe zdziwienie.
- Mają one charakter przesiewowy [podczas kolonoskopii można zdiagnozować np. raka jelita grubego, pozostającego w czołówce najczęstszych nowotworów - red.], a żeby zrobić przesiew trzeba ich wykonać wiele i w większości pewnie nie wyjdzie nic podejrzanego. Takie ograniczenie może spowodować opóźnienia w diagnostyce - komentuje dla tvn24.pl Wojciech Wiśniewski z Federacji Przedsiębiorców Polskich.
Pomysł, jaki ma NFZ, to płacenie świadczeniodawcom na bieżąco i w pełnej wysokości tylko za to, co jest zapisane w kontrakcie na dany rok. Za wszystkie przekraczające kontrakt badania, które szpital wykona u pacjentów, NFZ rozliczy natomiast tylko 40 procent kosztów, i to dopiero po zakończeniu roku. Obecnie płaci pełną stawkę i rozlicza się po każdym kwartale.
Fundusz nie mówi jednak ostatniego słowa i zapowiada kolejne plany. Wiceprezes NFZ Jakub Szulc powiedział w podczas trwającego w Katowicach Kongresu Wyzwań Zdrowotnych (HCC), że podobne rozwiązania będą proponowane również m.in. w ambulatoryjnej opiece specjalistycznej i rehabilitacji. Tymczasem według danych z Barometru WHC średni czas oczekiwania na świadczenia z zakresu rehabilitacji medycznej zbliża się obecnie już do siedmiu miesięcy.
"Cięciem byłoby wprowadzenie limitów"
Już na początku marca dr Jerzy Gryglewicz z Instytutu Zarządzania w Ochronie Zdrowia Uczelni Łazarskiego w Warszawie przewidywał, że szpitale po przekroczeniu limitu gwarantującego 100 proc. płatności za badania zaczną je ograniczać - zmniejszenie płatności o 60 proc. to na tyle dużo, że świadczenia te staną się nierentowne.
Podczas kongresu HCC propozycji bronił prezes NFZ Filip Nowak. - Cięciem byłoby wprowadzenie limitów na te świadczenia. Dziś, obserwując strukturę kosztową i strukturę zatrudnienia w tych świadczeniach wiemy, że to powinno wpłynąć przede wszystkim na negocjacje kontraktów z realizatorami - argumentował prezes NFZ.
O komentarz poprosiliśmy Wojciecha Wiśniewskiego z Federacji Przedsiębiorców Polskich. - Traktuję to jako krzyk rozpaczy ze strony NFZ-u, który nie otrzymuje wsparcia ze strony ministra finansów w kontekście luki finansowej. Jednocześnie nie są czynione inne starania, takie jak nowelizacja ustawy podwyżkowej. Do dzisiaj nie mamy nawet projektu. NFZ musi salwować się ucieczką w tego typu pomysły. Są one bardzo radykalne, ale jeśli kasa płatnika nie spina się na 30 miliardów złotych, to co mają robić? - pyta Wiśniewski.
- Od dwóch lat informowaliśmy, że ta luka finansowa w końcu wystąpi i system finansowo się załamie, więc nie jest to dla mnie szczególne zaskoczenie. Oczywiście ten pomysł jest bardzo niefortunny, wręcz fatalny i może zakończyć erę 11 lat bezlimitowej onkologii, co było wielkim osiągnięciem - ostrzega.
Liczba świadczeń niezbyt wzrosła, a wartość poszybowała
A jaką argumentację dla swojej propozycji przyjmuje płatnik publiczny? NFZ przypomina w komunikacie prasowym, że zniesienie limitów w diagnostyce ambulatoryjnej, podobnie jak w całej opiece specjalistycznej, miało skrócić kolejki do badań i wizyt u lekarzy specjalistów. Fundusz twierdzi, że świadczeń wykonuje się tylko nieznacznie więcej, za to w ciągu czterech lat (od 2021 do 2025 r.) wydatki na nie z budżetu NFZ wzrosły wręcz lawinowo.
- Największy udział w świadczeniach nielimitowanych to świadczenia w zakresie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Na przestrzeni lat ich liczba wzrosła niewiele, o 20 procent, ale ich wartość poszybowała o 152 procent. Kupujemy więc tylko nieco więcej świadczeń za ogromne pieniądze - podkreśla Filip Nowak, prezes NFZ.
Tak duża inflacja w usługach medycznych to efekt m.in. wspomnianej przez Wojciecha Wiśniewskiego ustawy podwyżkowej w publicznej ochronie zdrowia, która gwarantuje coroczny wzrost wynagrodzeń, mający bezpośredni wpływ na obciążenie budżetu Funduszu.
NFZ przypomina, że tylko w 2025 r. skumulowany koszt rekomendacji, które opisują, ile wyniesie wzrost wynagrodzeń w danym roku, wyniósł ponad 58 mld zł, czyli jedną czwartą wszystkich pieniędzy, jakimi dysponował.
"Takie działania mogą nas cofnąć o dekadę"
Przedstawione rozwiązania mają nie obejmować dzieci i młodzieży do 18. roku życia, osób w programie profilaktyki raka jelita grubego oraz pacjentów z kartą Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego (DiLO). Pomimo takich deklaracji ze strony NFZ organizacje pacjenckie i eksperci obawiają się, że zmiany systemowe pogorszą sytuację pacjentów, którzy już teraz na diagnostykę obrazową czekają bardzo długo.
- Wszystkie tego typu oszczędności prowadzą do ograniczenia dostępności pacjentów do świadczeń. W ciągu roku sytuacja będzie się pogarszać, a najbardziej pod koniec roku. Martwi mnie też to, że będą przez to rosnąć nierówności w zdrowiu. Osoby z zasobniejszym portfelem wybiorą pewnie sektor prywatny, ale milionów Polaków nie stać na to, by wydać od kilkuset do kilku nawet tysięcy złotych na badania - mówi Wojciech Wiśniewski.
Tymczasem dane z portalu Alivia Onkoskaner pokazują, że średni czas oczekiwania na badanie rezonansem magnetycznym w Polsce to obecnie 85 dni w trybie normalnym i 64 w trybie pilnym. Na badanie tomografią komputerową czeka się średnio 50 dni w trybie normalnym i 36 w trybie pilnym. W marcu 2018 roku, kiedy jeszcze obowiązywały limity na te badania, pacjenci czekali średnio aż 201 dni na rezonans magnetyczny i 73 dni na tomografię komputerową. Powrotu takiego scenariusza obawia się Joanna Frątczak-Kazana, prezes Onkofundacji Alivia, o czym mówiła w środę w Sejmie.
- Takie działania mogą nas cofnąć o dekadę. Dziesięć lat temu, kiedy badania obrazowe były limitowane, mieliśmy kolejki sięgające ponad rok - ostrzegała.
Deklaracja NFZ, że świadczenia dla osób z kartą Diagnostyki i Leczenia Onkologicznego będą rozliczane po staremu nie do końca uspokajają pacjentów onkologicznych. Choć karty DiLO są zakładane coraz częściej to jednak wciąż wielu pacjentów nie otrzymuje ich wcale lub dopiero po diagnozie.
- Są takie nowotwory, jak nowotwór gruczołu krokowego, w którym to 70 procent całego leczenia jest realizowane poza DiLO, a są takie, jak rak piersi, gdzie poza DiLO jest tylko 5 procent. Jeżeli pacjent jest zakwalifikowany do zabiegu chirurgicznego bez DiLO, to oznacza to, że na etapie diagnostyki również nie miał wystawionej karty. W raku płuca ponad 25 procent zabiegów jest realizowanych poza kartą DiLO, co oznacza, że w ogóle nie była ona zakładana - mówiła Joanna Frątczak-Kazana.
Projekt rozporządzenia wprowadzającego zmiany w finansowaniu diagnostyki obrazowej został w środę przekazany do konsultacji. Uwagi można zgłaszać do 24 marca.
Autorka/Autor: Piotr Wójcik/annabie
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock