- Jakie skutki może mieć ograniczenie pracy lekarzy dojeżdżających do mniejszych szpitali? Zapytaliśmy specjalistów.
- Przedstawiciele środowiska lekarskiego podkreślają, że w niektórych przypadkach model pracy lekarzy walizkowych zwiększał dostępność leczenia i nie prowadził do zaniedbań.
- Zdaniem Porozumienia Rezydentów walcząc z "lekarzami na walizkach" NFZ zmusi pacjentów ze wsi i małych miejscowości, aby "sami kupili walizki, jeśli chcą się leczyć".
- Więcej tekstów o podobnej tematyce przeczytasz tutaj. Warto też posłuchać "Wywiadu medycznego" Joanny Kryńskiej w TVN24+.
O tym, że niektóre procedury z zakresu ortopedii, chirurgii kręgosłupa, urologii oraz pulmonologii od 1 października br. mają być wykonywane wyłącznie w szpitalach specjalistycznych, poinformował kilka dni temu prezes Narodowego Funduszu Zdrowia (NFZ). Jak argumentował, zmiana ma ograniczyć zjawisko tzw. lekarzy walizkowych, czyli specjalistów przyjeżdżających do szpitali powiatowych na pojedyncze dni w miesiącu, aby przeprowadzać tam zabiegi. "Spodziewam się, że naruszymy pewne interesy" - powiedział prezes NFZ.
Zdaniem dr Iwony Kani, zastępczyni rzecznika prasowego NIL, skutki zmian należy rozpatrywać dwojako. Z jednej strony mogą one uporządkować opiekę nad pacjentami po operacjach, z drugiej - ograniczyć dostępność leczenia w mniejszych miastach.
Specjaliści docierali tam, gdzie brakowało świadczeń
Lekarze podróżujący pomiędzy placówkami często wykonują zabiegi, które bez ich obecności nie byłyby dostępne lokalnie. Dotyczy to zwłaszcza skomplikowanych operacji i wysoko specjalistycznych świadczeń.
- Trzeba uczciwie zauważyć, że wielu lekarzy poświęcało swój czas i dojeżdżało nie tylko do miejsca zamieszkania, lecz także do innych miast i miasteczek. Trafiali tam, gdzie dostępność specjalistycznych świadczeń była mniejsza - podkreśla w rozmowie z tvn24.pl dr Iwona Kania.
Jej zdaniem ograniczenie takiego modelu pracy może sprawić, że pacjenci zostaną skierowani przede wszystkim do dużych ośrodków. - Mam poważne obawy dotyczące dostępności świadczeń. W najgorszym wariancie strumień pacjentów popłynie do największych szpitali, które szybko mogą stać się niewydolne, zarówno lokalowo, jak i kadrowo - ocenia i zaznacza, że szpitale nie będą w stanie w ciągu miesiąca czy dwóch zwiększyć swojej przepustowości na tyle, aby przyjmować większą liczbę chorych w odpowiednim czasie.
Ciągłość opieki po operacji
Argumentem przemawiającym za ograniczeniem pracy "lekarzy walizkowych" jest możliwość zapewnienia pacjentowi lepszej opieki po zabiegu. W optymalnym modelu lekarz wykonujący operację pozostaje w danej placówce i może monitorować dalszy przebieg leczenia. - Lekarz może doglądać swojego pacjenta, nawet jeżeli ten zostanie przekazany na inny oddział. Może sprawdzać, co się z nim dzieje i jakie są kolejne kroki. Także rodzina chorego ma możliwość zwrócenia się bezpośrednio do operatora - wyjaśnia dr Kania.
Sytuacja jest trudniejsza, gdy specjalista po wykonaniu operacji wyjeżdża do innego miasta, a do danej placówki wraca dopiero po tygodniu lub dwóch. W takich przypadkach pacjent może mieć utrudniony z nim kontakt.
Przedstawicielka NIL-u zwraca jednak uwagę, że sama nieobecność operatora nie musi oznaczać braku właściwej opieki. - Jeżeli świadczenia były realizowane prawidłowo, a zespół pozostający na miejscu dobrze współpracował z operatorem, nic złego się nie działo. W takich przypadkach możemy wylać dziecko z kąpielą - ostrzega.
Jej zdaniem każda sytuacja powinna być oceniana indywidualnie. Konieczne jest reagowanie tam, gdzie model pracy lekarza stwarzał ryzyko, że pacjent po zabiegu pozostanie bez odpowiedniej opieki. Jak mówi, nie powinno się jednak automatycznie likwidować rozwiązań, które funkcjonowały dobrze i zwiększały zakres leczenia dostępnego w mniejszych szpitalach.
Najbardziej ucierpią starsi i ubożsi pacjenci
Konsekwencje ograniczenia liczby specjalistycznych świadczeń w mniejszych miejscowościach najmocniej mogą odczuć osoby, które mają trudności z dojazdem do dużych miast. - Dotknie to przede wszystkim pacjentów starszych, uboższych oraz tych, którzy nie mogą liczyć na pomoc rodziny w dotarciu do dużego ośrodka. To oni najszybciej odczują skutki tej zmiany - wskazuje dr Kania i podkreśla, że nadal nie wiadomo, ile szpitali specjalistycznych ma docelowo przyjmować pacjentów i jak zostaną one rozmieszczone.
Dobitniej na temat wypowiadają się przedstawiciele Porozumienia Rezydentów Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy. "'Spodziewam się, że naruszymy pewne interesy"- oznajmił prezes [NFZ, red.], nie dodając, że są to interesy przede wszystkim pacjentów. Walcząc z "lekarzami na walizkach" zmusi pacjentów ze wsi i małych miejscowości, aby sami kupili walizki, jeśli chcą się leczyć - ignorując zupełnie fakt, że dla wielu będzie to trudne, a wręcz niemożliwe" - komentowali we wpisie w portalu społecznościowym.
Organizacja zwraca uwagę, że wykluczenie komunikacyjne dotyka ponad 10 mln osób, czyli około 27 proc. społeczeństwa, a problem jest szczególnie widoczny na terenach o rozproszonej zabudowie, gdzie kursuje najwyżej jeden autobus dziennie lub transportu publicznego nie ma wcale.
OZZL wskazuje, że w województwach śląskim, mazowieckim czy łódzkim duży szpital może znajdować się średnio w promieniu kilku kilometrów, jednak w części powiatów województw warmińsko-mazurskiego i zachodniopomorskiego odległość ta wynosi 30-50 km, a w podlaskim, lubelskim i podkarpackim nierzadko 40-60 km.
"Nietrudno przewidzieć, że wielu chorych - seniorów, osób z ograniczoną sprawnością oraz tych, którzy nie mogą prowadzić samochodu - do tych szpitali w dużych miastach po prostu nie dotrze" - zauważają rezydenci. Pytają też w poście, czy planowane rozwiązanie rzeczywiście służy dobru pacjentów, czy przede wszystkim ma przynieść NFZ oszczędności.
Chodzi o ciągłość opieki nad pacjentem
O skutki zmian zapytaliśmy także dr n. med. Marcina Błońskiego, specjalistę ortopedii i traumatologii (zmiany dotyczą procedur w zakresie ortopedii, takich jak artroskopie, niektóre zabiegi na kończynie dolnej). Według niego założenia NFZ brzmią rozsądnie, ale ich rzeczywiste skutki będzie można ocenić dopiero po wejściu w życie. - Jeśli pacjent, kosztem dalszego dojazdu, będzie miał lepszą opiekę, to może nie jest to zły pomysł - powiedział ortopeda. Jego zdaniem problem publicznego szpitalnictwa polega na tym, że od dyrekcji wymaga się wyniku finansowego bardziej niż dbania o pacjenta, a jednocześnie nie daje się jej odpowiednich narzędzi do zdobywania pieniędzy i wykonywania zabiegów.
Ortopeda opowiedział również o własnym doświadczeniu pracy w modelu "walizkowym". - Kiedy zdałem specjalizację i byłem już samodzielnym chirurgiem, przez rok jeździłem do szpitala powiatowego wykonywać zabiegi artroskopowe (...). Zadowolona była dyrekcja szpitala, pacjenci mieli łatwy dostęp do doświadczonego specjalisty, a ja mogłem wykonywać więcej operacji. Uważam jednak, że długofalowo taki model nie miałby sensu - powiedział ortopeda.
"Lekarzom walizkowym" nie zawsze chodzi o zarobki?
Lekarz jeździł do szpitala raz w miesiącu na jeden dzień "operacyjny". W tym czasie konsultował pacjentów i przeprowadzał zzabiegi. Jak podkreślił, pozostawał później w kontakcie z operowanymi osobami, a w razie wystąpienia problemów pacjenci mogli przyjechać do niego na konsultację. - Samo wykonanie procedury, bez wiedzy o tym, co później dzieje się z pacjentem, nie byłoby dla mnie właściwe - zapewnia.
Jak podkreśla na dojazdy do szpitala powiatowego zdecydował się jako młody specjalista. - Chciałem mieć większy kontakt z medycyną i chirurgią. Finansowo na pewno mi się to nie opłacało - powiedział.
Doświadczenia dr Błońskiego pokazują, że podejmowanie pracy w kilku szpitalach nie zawsze wynika z chęci osiągania wyższych zarobków. Dla młodych lekarzy może być sposobem na rozwijanie umiejętności, a dla mniejszych placówek - szansą na zapewnienie pacjentom zabiegów, których bez dojeżdżających specjalistów nie mogłyby wykonywać.