Więcej pieniędzy na zdrowie, a deficyt rośnie. Chodzi o wynagrodzenia?

shutterstock_2641583929
Andrzej Domański: zwiększamy na ochronę zdrowia
Na ochronę zdrowia trafia coraz więcej pieniędzy, a budżet i tak się nie spina. Odczują to pacjenci. Minister finansów mówi, że pieniądze idą na wynagrodzenia, a chciałby, żeby szły na skrócenie kolejek. Ekonomista przypomina natomiast, że kolejni ministrowie zdrowia naliczali ustawowe podwyżki w najdroższym z trzech wariantów. - Różnica pozwalałaby na budowę elektrowni jądrowej - komentuje. Dodaje jednak, że to tylko jeden z wielu problemów do rozwiązania.

- Rok do roku nakłady na ochronę zdrowia rosną o 20-25 miliardów złotych. Znacząca część tych środków trafia na wynagrodzenia. Wiemy, że nie udało się uzyskać porozumienia dotyczącego przesunięcia podwyżek. Zależy mi na tym, aby rosnące środki trafiały na skrócenie kolejek - powiedział Andrzej Domański, minister finansów i gospodarki, gość "Rozmowy Piaseckiego" w TVN24+.

- Minister finansów ponosi odpowiedzialność za planowanie i realizowanie planu finansowego Narodowego Funduszu Zdrowia. Nie jest pewnie przypadkiem to, że od dwóch lat nie zatwierdza on planów finansowych NFZ, argumentując to tym, że nie są zbilansowane. Należy coś z tym robić czy nie? To na końcu decyzja premiera - komentuje dla tvn24.pl Wojciech Wiśniewski, ekonomista z Federacji Przedsiębiorców Polskich.

"Pacjenci w szpitalach nie udają, że potrzebują pomocy"

W  tym roku luka finansowa w kasie Narodowego Funduszu Zdrowia jest szacowana nawet na 23 miliardy złotych. Resort zdrowia musi więc szukać oszczędności. W związku z tym planuje cięcia w rozliczaniu płatności za nadwykonania, między innymi w tomografii komputerowej, rezonansie magnetycznym, kolonoskopii i gastroskopii. W dalszej kolejności oszczędności mogą objąć również wizyty u lekarzy specjalistów czy rehabilitację. O tym, co to oznacza, pisaliśmy w środę w TVN24+. - To będzie katastrofa. Kolejki wydłużą się tak, że większość ludzi będzie musiała zapłacić - albo lecząc się prywatnie, albo tracąc zdrowie, czekając kilka lat w kolejce - przewidywał w rozmowie z nami Bartosz Fiałek, specjalista reumatolog.

- Pacjenci w szpitalach nie udają, że potrzebują pomocy. Każde cięcie oznacza dla nich zmniejszenie dostępności do świadczeń. To, co mnie martwi najbardziej, to fakt, że ochronę zdrowia zaczęliśmy finansować długiem. Musimy jak najszybciej przywrócić samofinansujący się system ochrony zdrowia, zdusić inflację w sektorze, zlikwidować marnotrawstwo systemowe i przygotować nowe rozwiązania podatkowe, które sprawią, że NFZ nie będzie zależny od doraźnych, nieprzewidywalnych dotacji budżetowych - komentuje z kolei Wojciech Wiśniewski.

"Będą w lipcu podwyżki i wszyscy poniesiemy skutki"

Co do rosnących wynagrodzeń medyków - te, zdaniem ekonomistów rzeczywiście są jednym z czynników przekładających się na pogarszającą się z roku na rok sytuację w kasie NFZ. Chodzi o wprowadzoną przez rząd Mateusza Morawieckiego tzw. ustawę podwyżkową, regulującą minimalne wynagrodzenia medyków. Zgodnie z nią, co roku, w lipcu, pensje osób zatrudnionych w publicznej ochronie zdrowia zwiększają się w oparciu o to, jak rośnie średnie wynagrodzenie w gospodarce narodowej. W tym roku - o 8,82 procent. Oznacza to, że minimalna pensja lekarza i dentysty ze specjalizacją wyniesie od lipca 12 910,16 zł brutto, a farmaceuty, fizjoterapeuty czy pielęgniarki z tytułem magistra i specjalizacją - 11 485,59 zł brutto.

Zamrożenie tej ustawy na pół roku było jednym z pomysłów resortu zdrowia na zmniejszenie luki budżetowej. Miałoby to w tym roku przynieść około 4,5 miliarda złotych oszczędności. Po lutowym posiedzeniu Trójstronnego Zespołu ds. Ochrony Zdrowia, na którym nie zdążono nawet omówić tej propozycji, wiceminister zdrowia Katarzyna Kęcka zapewniała, że resortowi uda się wprowadzić zmiany tak, by weszły w życie przed 1 lipca. Jednak w marcu sytuacja odwróciła się o 180 stopni. - Resortowi nie udało się osiągnąć porozumienia ze stroną społeczną. Będą w lipcu podwyżki i wszyscy poniesiemy skutki finansowe tych podwyżek - poinformowała Kęcka w miniony poniedziałek.

Klatka kluczowa-301946
Ostre nożyczki NFZ. Jakie są przyczyny problemów z finansami ochrony zdrowia?
Źródło: TVN24

Dziś już wiadomo, że zmian nie będzie. Wciąż nie wiadomo natomiast, jakie jeszcze ruchy miałyby doprowadzić do zaoszczędzenia łącznie 23 miliardów złotych, brakujących w kasie.

- Nowelizacja ustawy podwyżkowej i zmniejszenie dynamiki płac jest warunkiem koniecznym, lecz niewystarczającym. Potrzebujemy pewnie jeszcze około 20-30 innych zmian na poziomie rozporządzeń, aby presja kosztowa, inflacja w systemie ochrony zdrowia, spadła - komentuje dla tvn24.pl Wojciech Wiśniewski.

Podwyżki dla medyków idą z puli na leczenie pacjentów

Rząd Mateusza Morawieckiego, wprowadzając ustawę, nie zapewnił dla niej odrębnego finansowania. Oznacza to, że pieniądze na podwyżki pochodzą z tej samej puli, co te przeznaczane na leczenie, a skutki finansowe nie zamykają się w obrębie jednego roku, ale nawarstwiają. W ubiegłym roku ten skumulowany skutek finansowy wyniósł 58 miliardów złotych, a cały plan finansowy NFZ w 2025 r. opiewał na ponad 220 miliardów złotych.

- Kiedy była projektowana ta ustawa, nikt nie spodziewał się wybuchu takiej inflacji w gospodarce i takiego wzrostu płac. Gdyby nie to, taki poziom pensji w ochronie zdrowia, jaki mamy dzisiaj, osiągnęlibyśmy pewnie za dobrych kilka lat. Mediana wynagrodzenia grupy obejmującej pielęgniarki z wyższym wykształceniem i specjalizacją, fizjoterapeutów, diagnostów laboratoryjnych i farmaceutów szpitalnych wynosi dzisiaj 15 tysięcy złotych brutto. To dwuipółkrotnie więcej niż w przypadku nauczycieli mianowanych, a mówimy o ponad stutysięcznej grupie osób - mówi Wojciech Wiśniewski.

"Pacjent (…) jest bardzo dobrym hasłem na wybory i kongresy"

Ustawa była też dotychczas realizowana w najbardziej hojnym z trzech wariantów, opracowywanych przez Agencję Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji. Obejmowała więc nie tylko wyrównanie płac osób zatrudnionych na etatach, ale też m.in. wpływ inflacji czy potrzebę zwiększenia ryczałtów dla szpitali oraz wzrost finansowania w priorytetowych obszarach. Na sposobie realizacji ustawy korzystali nie tylko pracownicy etatowi, ale też ci zatrudniani na kontraktach. Przyjęty w 2025 roku przez szefową resortu zdrowia (wówczas Izabelę Leszczynę) wariant kosztował 18 miliardów złotych w skali 12 miesięcy. Podstawowy opiewałby na połowę tej kwoty. Właśnie ku takiemu skłania się w tym roku Ministerstwo Zdrowia.

- Nawet przyjęcie wariantu minimalnego nie kasuje jednak tych wcześniejszych zobowiązań. Żeby to dało się odczuć, musiałby on być realizowany przez co najmniej kilka lat. A na koniec dnia wciąż brakuje około 20 miliardów złotych, do których należałoby doliczyć jeszcze około pięciu miliardów zobowiązań z lat ubiegłych. Swoją drogą, ponad rok temu, na posiedzeniu prezydium Zespołu Trójstronnego pokazywaliśmy, jaka jest różnica między przyjmowaniem najskromniejszego, wymaganego ustawą, a najhojniejszego, niewymaganego ustawą, wariantu finansowania podwyżek. Ta różnica pozwalałaby na budowę elektrowni jądrowej - komentuje Wojciech Wiśniewski.

Klatka kluczowa-302665
Nakłady na zdrowie rosną. Kolejki też

Jak dodaje ekonomista, ustawa nie zobowiązuje do uwzględniania w podwyżkach podnoszenia wynagrodzeń "kontraktowców", a jednak kolejni ministrowie zdrowia ulegali presji dyrektorów szpitali i przyjmowali taki model finansowania.

- Doprowadzili do zaciągania zobowiązań, na które nie ma pieniędzy. Stanowisko Zespołu Trójstronnego z 2021 roku było takie, że 50 procent wzrostów nakładów na ochronę zdrowia ma iść na podwyżki na etatach, a druga połowa na wzrost dostępności świadczeń i nowe technologie. Kolejni ministrowie zdrowia postanowili, że wszystko idzie na podwyżki na etatach i dla "kontraktowców". Pacjent i zapewnienie mu dostępności do świadczeń jest bardzo dobrym hasłem na wybory i kongresy, ale codzienność i presja ze strony świadczeniodawców sprawiają, że ministrowie wybierają po prostu spokój - kwituje Wiśniewski.

Czytaj także: