Z nazwy Donald Trump wymienił pięć państw: Chiny, Francję, Japonię, Koreę Południową i Wielką Brytanię. Wezwał je do pomocy w odblokowaniu cieśniny Ormuz. Zaangażowania domagał się też od innych - chciał, by "chronili terytorium", z którego czerpią surowce energetyczne. Kluczowy dla ich transportu szlak został zablokowany przez Iran w reakcji na amerykańsko-izraelskie ataki.
Międzynarodowa misja eskortowa, do utworzenia której dąży Trump, wiązałaby się z dużym ryzykiem. Do tej pory kilkanaście cywilnych jednostek, w tym tankowce, stało się celem irańskich dronów i pocisków w Zatoce Perskiej. Trump zasugerował też, że Europejczycy mogliby wysłać swoje trałowce do unieszkodliwienia min morskich. Jednak żaden z europejskich przywódców nie zadeklarował do tej pory bezwarunkowej pomocy Stanom Zjednoczonym.
To reakcja członków Sojuszu Północnoatlantyckiego miała szczególnie zdenerwować prezydenta USA. Wcześniej postanowił posłużyć się zawoalowanym szantażem. Stwierdził, że w przypadku braku pomocy NATO czeka "bardzo zła przyszłość".
Ze strony Europy popłynął jednak sygnał, że "to nie jest nasza wojna". - Wszyscy liczą się z tym, że tego rodzaju zaangażowanie spowoduje straty ludzkie, zniszczenie kilku okrętów, które będą się zajmowały ochroną innych jednostek - zwraca uwagę prof. Piotr Mickiewicz, ekspert ds. międzynarodowych, politolog i wykładowca Uniwersytetu Gdańskiego.