Profesor Andrzej Bohatyrewicz przyznał na antenie TVN24, że z powodu dużej liczby pacjentów z urazami spowodowanymi upadkami musieli wstrzymać przyjęcia planowe.
- Sytuacja osiągnęła poziom dramatyczny. Liczba pacjentów przyjeżdżających i przywożonych przekroczyła nasze możliwości sprawnego, szybkiego przyjmowania, ale w tej kwestii włączyliśmy dodatkowe siły i jakoś temu podołaliśmy - mówił.
Tłumaczył, że taka pogoda i ryzyko upadków generuje podobne typy urazów. Ludzie starsi upadając często łamią miednicę, kości udowe, stawy biodrowe. I są to pacjenci, którzy wymagają natychmiastowego działania.
- Była też część urazów, które moglibyśmy nazwać mniej zagrażającymi – złamania szczególnie kończyn górnych, w tym momencie, kiedy ulegało się wypadkowi i chroniło się przed jego skutkami to złamania kości przedramienia, złamania barków, złamania łokci. I tu nastąpił pewien punkt krytyczny, który potrwał jeden, dwa dni. Liczba pacjentów przysyłanych nie była w stanie się zmieścić - mówił profesor.
Personel był zmuszony zaopatrzyć pacjentów, których następnie odsyłał do domu na jeden, dwa dni. Pacjenci przychodzili już później prosto na operację.
Profesor o dyżurach 50 lat temu
Prof. Andrzej Bohatyrewicz podkreślił, że aby uniknąć urazów trzeba dbać o swoją sprawność fizyczną. Wspomniał swoje pierwsze dyżury, które miał 40-50 lat temu. Powiedział, że w tamtych czasach świadomość była mniejsza, ludzie byli mniej sprawni i urazów było nieporównywalnie więcej.
- Przyjęliśmy jednej nocy 51 pacjentów ze złamaniem. Siedzieli na korytarzu ludzie ze złamaną prawą nogą w rządku, a z drugiej strony ludzie ze złamaną lewą nogą w rządku, żeby nie przestawiać stołu do gipsowania. Inaczej się wtedy leczyło. Te obrazki nadawałyby się do kronik filmowych i annałów - dodał.
Profesor przyznał, że obecnie sytuacja wygląda dużo lepiej.
Trudna sytuacja w wielu miastach Polski
Jak mówiła nam w czwartek Agata Grzelińska, rzeczniczka Uniwersyteckiego Szpitala Klinicznego we Wrocławiu, musieli sprowadzić dodatkowego lekarza i personel. Dodała, że trafiają do nich pacjenci głównie z takimi urazami, jak złamania nadgarstka, stawu skokowego, urazy głowy lub kręgosłupa.
Reporterka TVN24 rozmawiała z jedną z pacjentek, która złamała nogę, idąc do pracy.
- Wyszłam z autobusu, jedną noga byłam na ziemi, a drugą w autobusie. Pośliznęłam się i spadłam. Kierowca od razu wezwał pogotowie - opowiadała.
Justyna Wróbel-Gądek, rzeczniczka 105. Kresowego Szpitala Wojskowego w Żarach (województwo lubuskie) również przyznała, że z powodu pogody mają dużo więcej pacjentów niż zazwyczaj. Tutaj sytuacja jest o tyle trudna, że to jedyny szpitalny oddział ratunkowy w regionie, więc wszystkie karetki pogotowia kierowane są właśnie tu.
Do godziny 11 w piątek obowiązywało ostrzeżenie II stopnia Instytutu Meteorologii i Gospodarki Wodnej przed gołoledzią. Dotyczyło ono województwa zachodniopomorskiego, pomorskiego, warmińsko-mazurskiego, lubuskiego, wielkopolskiego, kujawsko-pomorskiego, mazowieckiego, podlaskiego, łódzkiego i lubelskiego.
Ostrzeżenie I stopnia przed marznącymi opadami powodującymi gołoledź dotyczyły też południowej części województwa lubuskiego i wielkopolskiego, dolnośląskiego oraz śląskiego i woj. opolskiego. Alert obowiązywał do godziny 11.00 w piątek.
Opracowała: Marta Korejwo-Danowska
Źródło: TVN24, PAP
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock