Tłumy na ulicach, pochody dzieci z amerykańskimi flagami w rękach, bannery na budynkach, a nawet kopia Statuy Wolności - tak w 1920 roku wyglądały obchody 4 lipca w Warszawie. 4 lipca był wtedy nad Wisłą świętem państwowym. Polacy mieli bowiem za co dziękować Amerykanom.
- Za wsparcie polskich starań o odzyskanie niepodległej państwowości po pierwszej wojnie światowej oraz ogromną pomoc gospodarczą i medyczną - mówi Jacek Stawiski, historyk i redaktor naczelny "Tygodnika Powszechnego".
Czytaj też: Najczystszy syn wolności, szydełkujący generał. Czego nie wiecie o Kościuszce
Najbardziej wyjątkowym wyrazem wdzięczności była stworzona dokładnie 100 lat temu deklaracja o podziwie i przyjaźni dla Stanów Zjednoczonych podpisana przez milion trzysta tysięcy Polaków, w dużej mierze przez dzieci.
Nieżyjący już Cyprian Skwarek, z którym w 2017 roku rozmawiała Brygida Grysiak, miał 10 lat, gdy złożył swój podpis. - Ambicją było podpisać się ładnie i wyraźnie. Był to bardzo ważny prezent, że do Ameryki przedostała się informacja o naszych podziękowaniach - mówił Skwarek.
Wspomnienie syna
Dziś rozmawiamy z synem pana Cypriana, który mówi, jak ważnym epizodem była w życiu jego ojca deklaracja. - Pewnie nie wszystko się pamięta, mając 10 lat, w późniejszym wieku. Z tego, co mówił, to przyszła nauczycielka języka polskiego, przyniosła listę i powiedziała, że wszyscy uczniowie mają się podpisać - mówi Wojciech Skwarek.
Sygnatariusze deklaracji byli świadkami i uczestnikami najważniejszych wydarzeń z historii Polski w XX wieku, o czym przekonała się rodzina pana Cypriana, porządkując po jego śmierci dom. - Znaleźliśmy plik dokumentów, które były na strychu. Przypomniałem sobie, że kiedyś podobne tomy znalazłem w bibliotece ojca - dodaje pan Wojciech.
Jeszcze za życia ojca pan Wojciech zapytał o jeden z takich zeszytów. - Ojciec powiedział, że są to dokumenty z Politechniki Warszawskiej jego kolegi, Żyda, który dał mu te dokumenty na przechowanie w czasie okupacji - wspomina pan Wojciech.
Wykłady żydowskiego studenta
Rodzina Skwarków nie spodziewała się, że na strychu znajdzie dużo więcej tomów i dokumentów Mordechaja Freitaga. - To są wykłady studenta. Jest to bardzo ładnie zrobione i widać, że przywiązywał do tego dużą wagę - mówi pan Wojciech.
Mordechaj Freitag mieszkał w jednej z kamienic w Lublinie i był najmłodszym synem właściciela fabryki cykorii. Ostatnim śladem jego istnienia jest lista osób przebywających w getcie na Majdanie Tatarskim w 1942 roku. Miał wtedy 26 lat.
Dziś rodzina Skwarków szuka miejsca, do którego mogłyby trafić notatki. - Ja tak ładnie swoich wykładów nie prowadziłem - śmieje się Wojciech Skwarek. - Jest to cenne i warto, żeby ktoś z tego skorzystał - dodaje.
Nawiązany kontakt z rodziną
Przed emisją programu dzięki ośrodkowi "Brama Grodzka - Teatr NN" udało się nawiązać kontakt z dalszą rodziną Freitagów, która przekazała naszej redakcji rodzinne zdjęcie z końca lat 20. Niewykluczone, że jest na nich 11-letni wówczas Mordechaj.
W momencie wybuchu II wojny światowej w Lublinie mieszkało blisko 43 tysiące Żydów, co również widać na kartach deklaracji.
- Bardzo często jest to jedyny ślad osób, które nie przeżyły wojny i o których na lata zapomniano, bo często całe rodziny zaginęły. W momencie kiedy odczytujemy kolejne podpisy, to jest to przywracanie pamięci - mówi Zuzanna Kołacz-Schnepf z Żydowskiego Instytutu Historycznego.