Choć w politycznych deklaracjach sąsiedzka przyjaźń kwitnie, to Grupa Wyszehradzka od ponad 35 lat podąża wyboistą ścieżką. Początki były jednak obiecujące. Położony malowniczo w zakolu Dunaju węgierski Wyszehrad stał się miejscem powołania do życia inicjatywy państw, które przez wieki łączyła historia. Wspólni monarchowie, te same wojny, solne i bursztynowe szlaki handlowe, religia, a w końcu narzucony komunizm. Postawiono na integrację także po to, by na trwałe zakopać stare konflikty między obecnymi sąsiadami.
Miejsce wybrano nieprzypadkowo. Miało być nawiązaniem do królewskich spotkań sprzed sześciu wieków tam właśnie, na zamku w Wyszehradzie. Przywódcy Polski, Węgier i ówczesnej Czechosłowacji zgodzili się co do zbieżności celów polityki zagranicznej oraz uzgodnili koordynację działań na arenie międzynarodowej. Miało to w dalszej perspektywie pozwolić na szybszą akcesję do Unii Europejskiej i NATO. Na tle okolicznych krajów każde z tych trzech państw było też bardziej zaawansowane z reformami wewnętrznymi. Wniesiono toasty, podpisano dokumenty, Grupa Wyszehradzka ożyła.
"Razem" na Zachód
Międzynarodowa współpraca Warszawy, Budapesztu i Pragi niedługo potem poszerzyła się o Bratysławę, bo w styczniu 1993 roku doszło do podziału Czechosłowacji. To też pierwszy kryzys formatu. Już na kilka miesięcy przed tymi wydarzeniami Czesi i Słowacy pogrążyli się w wewnętrznych sporach. Vaclav Klaus kierujący wówczas czeskim rządem uważał, że priorytetem powinna być integracja z Zachodem, a nie oglądanie się na biedniejszych sąsiadów (Czechy dominowały wówczas w szeregu statystyk). Z kolei rządzący nowopowstałą Słowacją Vladimir Meciar oskarżany był o zapędy autorytarne, a jego polityka odsunęła Bratysławę na boczny tor głównego europejskiego nurtu.