Narodowy Fundusz Zdrowia planuje wprowadzenie drastycznych cięć między innymi w rozliczaniu płatności za nadwykonania świadczeń medycznych obejmujących między innymi tomografię komputerową, rezonans magnetyczny, kolonoskopię i gastroskopię.
O plan ten był pytany w programie "#BezKitu" w TVN24 premier Donald Tusk. - Nie jest ani intencją, ani nie będzie konsekwencją tych zmian, jakie proponuje NFZ, ograniczenie dostępu pacjenta do badań - odpowiedział.
Jak mówił szef rządu, każdego roku z budżetu państwa do ochrony zdrowia dokładane jest o kilkanaście lub kilkadziesiąt miliardów więcej. Wyższe są również wpływy ze składki zdrowotnej w związku z coraz większymi zarobkami.
- Bardzo mi zależy na tym, żeby te pieniądze, których jest coraz więcej, służyły zwiększeniu dostępności i stabilności systemu zdrowia, a niekoniecznie wzrostowi płac - powiedział Tusk.
Tusk: mnie nikt nie musi przekonywać
Jak mówił premier, sam ma lekarzy w rodzinie i wśród najbliższych przyjaciół. - Mnie nikt nie musi przekonywać, jak ciężka, odpowiedzialna, wspaniała jest to praca i warta naprawdę najwyższego możliwego wynagrodzenia - kontynuował.
Dodał, że nie chce komentować zarobków lekarzy, które są "w niektórych przypadkach rekordowo wysokie". - Chcę, żeby ten system nie stał na głowie, tylko znowu stanął na nogach - oznajmił premier.
Pytany, czy w takim razie jest to zapowiedź zmian, jeżeli chodzi o zarobki, Tusk zaprzeczył. - Chodzi o to, że wtedy, kiedy wyczerpuje się limit pieniędzy w danej jednostce, to żeby kolejne te ponadwymiarowe działania były finansowane w mniejszym stopniu - mówił.
- Bardzo bym chciał, żeby leczenie ludzi, profilaktyka, żeby to wszystko nie było sposobem na maksymalne wykorzystanie środków, tylko na optymalne, na najrozsądniejsze wykorzystanie środków i dlatego mówimy, że to, co byłoby ponad ustalony limit, było niżej płatne - przekonywał premier.
Tusk o zarobkach lekarzy
Prowadzący przytaczał opinie lekarzy, którzy twierdzą, że zapowiadane przez NFZ zmiany doprowadzą do mniejszej dostępności badań. - To zależy od lekarzy i od systemu. Lekarze nie są winni - mówił Tusk.
- Nie pozwolę na to, żeby ktoś rozpętał jakąkolwiek akcję, że za dużo zarabiają, bo skoro system umożliwia zarobienie 250 tysięcy złotych miesięcznie lekarzowi, (...) oni uczciwie zarabiają te pieniądze - tłumaczył Tusk.
- Chcę tylko, żeby ten system był bardziej zrównoważony i żeby część tych środków, które obywatele przeznaczają na ochronę zdrowia, nie szła automatycznie tylko na płace, ale żeby także ułatwiła funkcjonowanie całego systemu - powiedział.
Pytania o porodówki
Szef rządu był pytany przez młodzież o zamykanie oddziałów ginekologiczno-położniczych na prowincji. - Nie ma w Polsce problemu dostępu do porodówek - zapewnił. - Mamy w tej chwili najgęstszą sieć w Europie - dodał.
Według premiera nie ma w tej chwili miejsca w Polsce, gdzie ciężarna musiałaby jechać 170 kilometrów, aby urodzić. Zapytany o porodówkę w szpitalu w Lesku na Podkarpaciu, odparł, że nie jest zamknięta.
- Ja na co dzień, na bieżąco jestem informowany o sytuacji na porodówkach. (...) Moja synowa jest neonatologiem i na co dzień zajmuje się opieką nad nowo narodzonymi dziećmi i organizowaniem sprawnym porodów - mówił Tusk.
Jak przekonywał lider KO, ponieważ sieć porodówek jest tak gęsta, to w niektórych szpitalach jest bardzo mało porodów, co jest marnotrawstwem pieniędzy. Stąd decyzje o zamykaniu niektórych z nich. - Nie jestem politycznym samobójcą. Chyba nikt nie może pomyśleć, że wpadłem sobie na pomysł, żeby wkurzyć setki tysięcy kobiet - dodał.
Autorka/Autor: Kamila Grenczyn, Filip Czerwiński /ads
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: Shutterstock