Masz subskrypcję?
W marcu 2026 roku kobieta z Kłodzka została skazana na 6,5 roku więzienia za to, że wiedziała, że mąż przez 11 lat wykorzystywał seksualnie jej córkę i nie pomogła dziewczynce. Tydzień wcześniej karę pozbawienia wolności dostał mąż kobiety. Skrzywdził więcej dzieci i może spędzić w więzieniu nawet 25 lat. Ale to przeszło bez echa. Wyrok kobiety rozpętał aferę w prawicowych mediach i stał się pożywką dla niektórych polityków (nie tylko prawicowych), bo w przeszłości należała do Platformy Obywatelskiej i nie była szeregową działaczką w swoim regionie, a w sieci było dużo jej zdjęć ze znanymi politykami tej partii.
Oboje małżonkowie zostali uznani za winnych także przestępstwa zoofilii, co dodatkowo podsycało zainteresowanie opinii publicznej. Dlaczego ona dostała tylko sześć lat - padało pytanie - skoro prokuratura żądała trzy razy więcej?
Przy okazji wyszły na jaw szczegóły śledztwa, które w takich przestępstwach zwykle zamknięte są w aktach sądowych jeszcze długo po zapadnięciu wyroków.
Że główny sprawca, zatrzymany w Polsce, został wypuszczony na wolność i aresztowali go dopiero w Szwecji.
Że prokuratura rozdzieliła śledztwa przeciw małżonkom.
I wreszcie: że nie zawiadomiła od razu sądu rodzinnego.
W kwietniu zaczęliśmy drążyć te wątki. Narosłe wokół plotki najrzetelniej ucięłaby lektura akt. Te jednak wędrowały z Sądu Okręgowego w Świdnicy do Sądu Apelacyjnego we Wrocławiu, bo skazani odwołali się od wyroków. Ostatecznie 7 lipca dostaliśmy odpowiedź. Odmowną. Sąd nie zgadza się na czytanie akt przez dziennikarzy ze względu na dobro osób pokrzywdzonych.