"Identycznie jak CASA"

"To byli dobrzy piloci"
"To byli dobrzy piloci"
Źródło wideo: TVN24
Źródło zdj. gł.: TVN24
- To wiemy ze środowiska cywilnego i wojskowego, że to jest identyczny wypadek jak CASA-y - mówił w programie "Kropka nad i" kpt. Dariusz Sobczyński, pilot Boeinga. Jego zdaniem, gdyby załoga ćwiczyła regularnie na symulatorach podobnie, jak robi się to w lotnictwie cywilnym, to wypadku można by uniknąć.

- Symulatory są rewelacyjne – podkreślał kpt. Sobczyński. Można na nich przećwiczyć nie tylko awarie wszelkich systemów, jakie mogą się przydarzyć podczas lotu. Symulatory można też zaprogramować w taki sposób, aby przećwiczyć lądowanie w ekstremalnych warunkach.

To byli dobrzy piloci. Im po prostu nie dano szansy, żeby poćwiczyć kpt. Dariusz Sobczyński

Jak mówił, na pilotów tego rejsu był wywierany pośredni nacisk, który widać chociażby w pytaniach o to, czy lot będzie opóźniony. Sobczyński podkreślał, że każdy lot jest stresem - większym bądź mniejszym - i trudno określić w jakim stopniu sygnały ze strony pasażerów mogły być przez nich odebrane, jako nacisk.

- W moim odczuciu był pośredni nacisk na załogę tego samolotu. My (piloci cywilni-red.) ćwiczymy pewne odruchy, które potem wykonujemy od ręki. Nie zastanawiamy się czy to jest właściwe czy nie. Taka jest procedura. Minimum: widzimy-lądujemy, nie widzimy-nie lądujemy - mówił.

Powtórka z CASA-y

Zdaniem Sobczyńskiego sytuacja zaistniała podczas tego lądowania - fatalna pogoda, piloci bez szkoleń na symulatorach, ważne osoby na pokładzie - jest bardzo podobna do katastrofy w Mirosławcu. - To wiemy ze środowiska cywilnego i wojskowego, że to jest identyczny wypadek jak CASA-y - wyjawił Sobczyński.

Jak podkreślał, sam jest pilotem cywilnym, ale zna byłych pilotów wojskowego specpułku, którzy latają teraz w lotnictwie cywilnym. To są - jak zaznacza Sbczyński - świetni piloci, którzy przestrzegają procedur.

- To byli dobrzy piloci - oceniał załogę prezydenckiego tupolewa i dodał: - Im po prostu nie dano szansy, żeby poćwiczyć.

"Też raz włączył mi się TAWS, natychmiast zaprzestałem procedury lądowania" (TVN24)

"Też raz włączył mi się TAWS, natychmiast zaprzestałem procedury lądowania" (TVN24)

Brak reakcji Protasiuka

To wiemy ze środowiska cywilnego i wojskowego, że to jest identyczny wypadek jak CASA-y kpt. Dariusz Sobczyński

Kpt. Sobczyński szukał też odpowiedzi na pytanie, dlaczego na ostatnich stu metrach lotu kpt. Arkadiusz Protasiuk nic nie mówił i nie zareagował na komendę drugiego pilota "Odchodzimy". Niekiedy zdarzają się takie sytuacje - wyjaśniał - że pilot jest tak skoncentrowany na manewrze w trudnych warunkach, że trudno z nim nawiązać kontakt. - Zdarzają się chwile, kiedy pilot może się zafiksować na jedną rzecz – lądowanie – i wtedy nie odpowiadać na komendy - opowiada.

Według procedur obowiązujących w lotnictwie wówczas drugi pilot powinien wydać tę komendę jeszcze raz. Sobczyński wyjaśniał, że jeśli i ona pozostanie bez odpowiedzi, to drugi pilot ma prawo przejąć stery i przerwać manewr lądowania.

Dekoncentracja pilotów

Pilot mówił, że podczas manewru lądowania piloci muszą być bardzo skoncentrowani, ponieważ są zawsze "w deficycie czasu". Dlatego załogę tupolewa mogły rozpraszać dodatkowe osoby w kokpicie. Wiadomo, że do końca był tam gen. Andrzej Błasik. - Obecność osób trzecich nie służy w takim momencie. Każda dodatkowa osoba rozprasza uwagę - podkreślał.

Jak mówił, drzwi od kokpitu również nie powinny pozostawać otwarte. - My znamy dźwięki w kokpicie. Każdy dodatkowy odgłos mógłby rozproszyć pilota i zabrać mu cenne chwile - mówił.

Źródło: tvn24

Czytaj także: