15 lat po wejściu do NATO Polska dysponuje siódmymi co do wielkości siłami zbrojnymi w Sojuszu, a od kilku lat możliwości bojowe polskiej armii systematycznie rosną. Rozpisany na dekadę - a teraz przyspieszany - plan zakupów obronnych, może uczynić z polskiego wojska potęgę na skalę europejską i filar NATO.
Według najnowszych danych Sztabu Generalnego z lutego 2014 roku, Polska ma pod bronią nieco ponad 89 tys. żołnierzy zawodowych we wszystkich rodzajach sił zbrojnych. Na tle stale zmniejszających się armii europejskich nie jest to jednak wcale mało, a wyposażenie polskiego żołnierza coraz mniej odbiega od tego, czym dysponują jego towarzysze broni z NATO. Mankamentami pozostają: brak obrony antyrakietowej, słaba obrona przeciwlotnicza i niedostatek zdolności przerzutowych. MON przeszacował też realną liczbę chętnych do służby rezerwowej ochotników, stąd polska armia nadal nie ma w sumie obiecywanych 120 tysięcy wojska.
Armia mniejsza, ale lepsza
W porównaniu do ostatnich lat PRL polskie wojsko ponad czterokrotnie zmniejszyło liczebność, z około 450 tys. do 110 tys. liczonych razem z rezerwistami, lecz jest to wojsko zawodowe i profesjonalne, co w warunkach obecnego pola walki ma zasadnicze znaczenie.
Polskie siły zbrojne są mniejsze, ale nowocześniejsze niż w chwili wchodzenia do NATO, a ich potencjał bojowy na tle innych armii sojuszu jest znaczący. Według najnowszych danych, uwzględniających kryzysowe cięcia w liczebności armii krajów NATO, Polska ze swoimi niespełna 90 tysiącami żołnierzy zajmuje siódme miejsce wśród sojuszników, posiadając obecnie siły zbrojne porównywalne liczebnie do brytyjskich (według planów Londynu armia Zjednoczonego Królestwa w 2017 roku ma liczyć 80 tys., czyli mniej od polskiej), choć gorzej wyposażone w zakresie marynarki wojennej, lotnictwa i zdolności przerzutu. Z tradycyjnych europejskich potęg wojskowych znacząco większą od polskiej armię utrzymuje tylko Francja (ok. 230 tys. łącznie z żandarmerią) i Włochy (ok. 150 tys.). Niemcy mają armię tylko nieznacznie większą od Polski (niespełna 100 tys.), a Hiszpania ostatnio zredukowała swoje siły zbrojne dużo poniżej polskich (ok. 75 tys.). Stosunkowo dużą armię utrzymuje nadal rywalizująca regionalnie z Turcją Grecja (ok. 170 tys.), ale trudno w tym przypadku ocenić wiarygodność oficjalnych danych.
Najliczniejszym partnerem wojskowym USA w Europie pozostaje Turcja z armią wielkości kilku krajów zachodnioeuropejskich razem wziętych (ok. 375 tys.).
Ale nie same liczby decydują o zdolności bojowej współczesnego wojska. W NATO od ponad dekady liczy się przede wszystkim liczba zintegrowanych brygadowych zespołów bojowych, jaką dana armia jest w stanie wystawić pod sojusznicze dowództwo. Każdy taki zespół w założeniu dysponować ma trzonem bojowym - brygadą zmechanizowaną (4-5 tys. wojska, wzmacnianym przez wielozadaniowe siły lotnicze i morskie, jednostkę specjalną i odpowiednie siły logistyczne, w tym powietrzny transport taktyczny i strategiczny).
W Polsce taka koncepcja wykorzystania sił zbrojnych była częściowo wdrażana w czasie operacji zagranicznych, głównie w Afganistanie, choć bez własnych sił lotniczych i morskich. W europejskich armiach NATO też z trudem toruje sobie drogę, choć np. natowskie siły odpowiedzi (NRF) zostały zorganizowane właśnie w oparciu o taką koncepcję.
Liczą się bojowe brygady, Polska ma dziesięć
Polska dysponuje dziesięcioma brygadami ogólnowojskowymi - zmechanizowanymi i pancernymi - rozmieszczonymi nierównomiernie, głównie w zachodniej i północnej części kraju; brygadą kawalerii powietrznej, brygadą powietrzno-desantową i dwiema brygadami logistycznymi. Trzon polskich "sił ekspedycyjnych", tzn. wyćwiczonych w przerzucie i operowaniu z dala od własnych baz, stanowią jednostki 12. Szczecińskiej Dywizji Zmechanizowanej i 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej. To z ich szeregów wywodzi się najwięcej żołnierzy wysyłanych w ostatnich 13 latach do udziału w operacjach NATO i sojuszniczych.
Oddziałom lądowym, opartym o artylerię samobieżną, kołowe transportery opancerzone Rosomak, gąsienicowe wozy opancerzone BWP-1 i aż czterech typów czołgi (T-72, PT-91, Leopard 2A4, Leopard 2A5) towarzyszy wsparcie helikopterów W-3 Sokół i Mi-8 z 25. Brygady Kawalerii Powietrznej i szturmowych Mi-24 z 1. Pomorskiej Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych.
Czołgi, BWP i Rosomaki
Łącznie ponad 600 polskich czołgów reprezentuje niejednolity potencjał, od przestarzałych T-72 po w miarę nowoczesne, pozyskane niedawno od Niemiec, Leo 2A5. Dlatego jednym z priorytetów zakupowych na najbliższe lata jest nowy wóz pancerny. Tak samo stare poradzieckie wozy piechoty BWP mają być zastępowane Rosomakami. Z braku w obecnym uzbrojeniu taktycznych rakiet balistycznych, największą siłę ognia zapewniają artyleryjskie zestawy samobieżne BM-21 Grad i znacznie od nich nowocześniejsze RM-70, samobieżne działa kalibru 152 mm (Dana) i 122 mm (Goździk) oraz nieliczne (7 szt.), ale bardzo nowoczesne armatohaubice NATO-wskiego kalibru 155 mm (Krab).
Działania piechoty na współczesnym polu walki niezwykle dynamizują helikoptery, a Polska była w czasach PRL dużym ich wytwórcą. Teraz swoich dni dożywają Mi-8 i Mi-17, choć to nadal bardzo skuteczne maszyny. Polskie W-3 Sokół i mniejsze SW-4 Puszczyk to chluby rodzimego przemysłu lotniczego, ale największe nadzieje wiąże się z zapowiadanym na ten rok rozstrzygnięciem dużego przetargu helikopterowego na 70 wielozadaniowych maszyn, w którym rywalizują amerykański S-70 Black Hawk, francuski E-735 Caracal i włosko-brytyjski AW-149. W planach jest też zastąpienie szturmowych Mi-24 nowszą konstrukcją.
Bardzo dobrze oceniane są w ramach NATO polskie jednostki specjalne, których w ostatnich latach powstało kilka (JWK, GROM, Formoza, Nil, Agat, 7.eds), na polu walki w naturalny sposób uzupełniane przez spadochroniarzy 6. Brygady Powietrznodesantowej. Trzeba jednak pamiętać, że jednostki bojowe polskiej armii to tylko jej trzecia część, około 35 tys. żołnierzy – nie wszystkie są też w pełni skadrowane – stąd cały personel polskich sił zbrojnych można by zmieścić na Stadionie Narodowym w Warszawie.
Lotnictwo polską dumą
Po zakupie 48 wielozadaniowych samolotów F-16 w 2003 roku, utrzymaniu dwóch eskadr myśliwskich MiG-29 i niedawnej decyzji o pozostawieniu w służbie eskadry uderzeniowych samolotów Su-22 niezłym potencjałem dysponuje polskie lotnictwo wojskowe, zdolne do prowadzenia pełnego spektrum działań: rozpoznania, obrony przestrzeni powietrznej i uderzeń na cele przeciwnika.
Co prawda pakiet uzbrojenia dla polskich F-16 nie obejmuje pocisków samosterujących o dużym zasięgu, ale również ostatnie wydarzenia skłaniają MON do zakupu tego rodzaju uzbrojenia. Samoloty F-16 są niewątpliwie najcenniejszym strategicznym zasobem polskiej armii, kosztem czego ich bazy - w Łasku i Krzesinach - mogłyby być narażone na prewencyjne uderzenia potencjalnych przeciwników, a możliwości rozśrodkowania tego typu maszyn na lotniska drogowe są ograniczone.
To jedna ze słabości F-16, wskazywanych w procesie jego pozyskania, która jednak nie przeszkodziła w decyzji o zakupie. Od lat mówi się o pozyskaniu dla lotnictwa aparatów bezzałogowych, choć dopiero teraz jest to jeden z priorytetów modernizacji. Mowa jest zarówno o statkach rozpoznawczych jak i uzbrojonych, które stopniowo mają zastępować samoloty Su-22.
Tegoroczna decyzja o zakupie nowoczesnego pakietu szkoleniowego opartego o włoskie samoloty Aermacchi Master M-346 sprawiła, że kilkadziesiąt polskiej konstrukcji TS-11 Iskier trafi z Dęblina tam gdzie ich właściwe miejsce – do muzeów. Oprócz lotnictwa bojowego i szkolnego w ostatnich latach znacznie wzmocnił się transport: kilkanaście samolotów CASA C-295 i 5 Herculesów C-130 już zapewnia polskim wojskom mobilność, której tak brakowało w początkowych fazach operacji irackiej czy afgańskiej.
Bezbronni wobec rakiet
Piętą achillesową polskiej armii jest obrona przeciwlotnicza i antyrakietowa. Po wyjściu spod rakietowego "parasola" armii ZSRR, Polska nie zdołała odbudować tego rodzaju sił, które w ostatnim ćwierćwieczu nabrały znaczenia. To bowiem przewaga w powietrzu i uderzenia rakietowe - pociskami balistycznymi lub manewrującymi - stały się we współczesnej doktrynie gwarancją sukcesu.
Polska ma jednak zaledwie siedem dywizjonów rakiet przeciwlotniczych, wyposażonych w dość przestarzałe poradzieckie pociski Newa i Wega, wcale zaś nie dysponuje możliwościami zwalczania taktycznych rakiet balistycznych.
Dlatego absolutny priorytet w planach modernizacji wojska uzyskał program "Tarcza dla Polski", w ramach którego planuje się pozyskanie 6-8 nowoczesnych baterii przeciwlotniczo-antyrakietowych ze zdolnością zwalczania pocisków balistycznych na dystansie około 100 km.
W obliczu wydarzeń na Krymie to właśnie ta sfera modernizacji ma być wyraźnie przyspieszona, choć szczegóły nie są jeszcze znane. Po wstępnych etapach konkursu Inspektorat Uzbrojenia MON wytypował do programu "Tarcza dla Polski" cztery propozycje: zestaw Patriot koncernu Raytheon, amerykańsko-niemiecko-włoski MEADS, europejski Aster 30 MBDA i system izraelski oparty o rakiety Barak i Arrow.
Z nieoficjalnych informacji wiadomo, że każdy z oferentów został zobowiązany do przygotowania symulacji starcia jego broni z rosyjskim pociskiem rakietowym Iskander. Nie pozostawia to wątpliwości, czego polskie wojsko najbardziej się obawia. Według ubiegłorocznych planów ostateczna decyzja nie była planowana w tym roku, ale po przyspieszeniu programów modernizacyjnych nie jest to wykluczone.
Flota w potrzebie
O stanie polskiej marynarki wojennej napisano w ostatnich latach wiele i były to głównie dramatyczne w tonie apele o jej ratowanie. Faktem jest jednak, że to właśnie marynarka, a ściślej jej Nadbrzeżny Dywizjon Rakietowy, dysponuje najnowocześniejszym i jednocześnie najważniejszym z powodów strategicznych uzbrojeniem w polskich siłach zbrojnych. Chodzi o pociski NSM norweskiej firmy Kongsberg, przeznaczone do zwalczania celów nawodnych, które rozmieszczone na kołowych wyrzutniach stanowią obecnie najgroźniejszą polską broń, mogącą z powodzeniem zagrozić np. rosyjskim wojskom w Obwodzie Kaliningradzkim i szachować rosyjską Flotę Bałtycką.
Poza tym polska marynarka wojenna z zaledwie jedną fregatą zwalczania okrętów podwodnych, dwiema starymi amerykańskimi fregatami, trzema małymi okrętami rakietowymi i jednym w miarę nowoczesnym okrętem podwodnym, nie stanowi liczącej się siły. Zakup trzech nowych okrętów podwodnych, morskich bezzałogowców i nowych okrętów nawodnych został włączony do listy priorytetów zbrojeniowych.
Zawodowcy ćwiczą, ochotników brak
Dużym zaskoczeniem dla obserwatorów sporadycznie przyglądających się armii jest to, że niemal na okrągło ćwiczy. Oprócz dużych wielonarodowych manewrów, jak zeszłoroczny Steadfast Jazz, polskie jednostki okupują poligony w Wędrzynie, Świętoszowie, Ustce czy Nowej Dębie przez okrągły rok. Stąd widywane transporty sprzętu, dające powód do plotek o "przemieszczeniach wojsk" w sytuacjach kryzysowych.
Armia profesjonalna nie jest w stanie ćwiczyć na zapleczu garnizonów, a potrzebuje wydzielonych, rozległych przestrzeni, na których może swobodnie rozwinąć ugrupowanie bojowe lub bezpiecznie użyć ostrej amunicji.
Gorzej idzie budowa i szkolenie planowanych początkowo na 20 tys. ochotników Narodowych Sił Rezerwowych. Plany pokrzyżował głównie kryzys finansowy i brak chętnych do wojska. Typowe szkolenie NSR trwa od 4 do 6 miesięcy, a ochotnikiem NSR może zostać w zasadzie każdy posiadający kwalifikację wojskową. Żołnierzowi-rezerwiście wojsko płaci za każdy dzień służby, rekompensuje jego pracodawcy czas spędzony na ćwiczeniach, zapewnia też pewne przywileje emerytalne. Jednak ochotników brakuje i dlatego z planowanych 20 tys. teraz mówi się o 10 tys. żołnierzy NSR.
Cenieni partnerzy w NATO i UE
Polskie wojsko regularnie uczestniczy też w ćwiczeniach NATO, przyjmuje też na swoim terenie sojuszników: amerykański pododdział lotniczy rotacyjnie przebywa w Łasku, do Polski przyjeżdżają też baterie rakiet Patriot. Polscy lotnicy są wyczekiwanymi gośćmi na zagranicznych ćwiczeniach i pokazach, nie tylko ze względu na umiejętności, ale i sprzęt. Polskie F-16 są bowiem najnowocześniejsze poza Bliskim Wschodem, a samoloty MiG-29 i Su-22 to wciąż dla większości armii NATO raczej potencjalni agresorzy niż sprzymierzeńcy, więc tym bardziej warto z nimi ćwiczyć.
Ponad 10-letni udział polskiej armii w natowskich i sojuszniczych operacjach na Bałkanach, w Iraku czy w Afganistanie potwierdził – mimo początkowych ewidentnych braków w sprzęcie i wyszkoleniu – ogromną determinację polskiego wojska i jego dowódców, by być wiarygodnymi i solidnymi partnerami w sojuszu.
Polska wysyłała wojsko i w bardziej egzotyczne miejsca, jak Czad czy ostatnio Republika Środkowoafrykańska, potwierdzając wiarygodność swego zaangażowania politycznego w sprawy bezpieczeństwa i obrony Unii Europejskiej. Te inwestycje się opłaciły: w sytuacji potencjalnego zagrożenia w wyniku kryzysu na Krymie NATO na polski wniosek zwołało konsultacje w trybie art. 4 Traktatu Waszyngtońskiego i wysłało nad Polskę samolot AWACS, a USA wysyłają do Polski myśliwce F-16.
Politycy i dowódcy NATO deklarują też jasno: w wypadku agresji, Polska nie zostanie sama. Rozwianie takich obaw było głównym celem procesu, którego ważnym etapem był pamiętny 12 marca 1999 roku.
Autor: Marek Świerczyński (TVN24)/mtom,tr / Źródło: tvn24