Od początku artystycznej drogi cieszy się statusem jednego z najwybitniejszych filmowców swojego pokolenia. Potwierdza to aż 14 nominacji do Oscara, zdobytych na przestrzeni trzech dekad. Amerykańska Akademia Filmowa powinna się wstydzić, że żadna z nich nie zamieniła się dotąd w statuetkę. Czy zadośćuczyni twórcy "Jednej bitwy po drugiej" na tegorocznej gali, już 15 marca?
Wszystko wskazuje na to, że to właśnie do Paula Thomasa Andersona powędruje tym razem Oscar w kategorii "najlepszy reżyser". Za "Jedna bitwę…" zgarnął bowiem wszystkie nagrody, których laureaci niemal zawsze sięgają potem po złotą statuetkę - od Złotego Globu, poprzez BAFTA aż po najbardziej miarodajną w tym wypadku – nagrodę Gildii Reżyserów.
O krok od dwóch najważniejszych Oscarów był już przy okazji "Aż poleje się krew" w 2008 roku. Przegrał jednak, (moim zdaniem, niesłusznie) z filmem „To nie jest kraj dla starych ludzi” braci Coen, którzy zgarnęli statuetki za najlepszy film, reżyserię i scenariusz. Dziś, niemal dwie dekady później, o filmie braci Coen niemal zdążyliśmy zapomnieć. Za to "Aż poleje się krew" ma status arcydzieła i jednego z najwybitniejszych obrazów XXI wieku.
Tymczasem Paul Thomas Anderson znów stoi przed szansą zdobycia Oscarów, w dwóch najważniejszych dla branży kategoriach – wspomnianej już za reżyserię, ale i dla najlepszego filmu. I naprawdę na nie zasłużył.
Amerykański, ale niehollywoodzki
Niemal wszystkie filmy Andersona dotyczą Stanów Zjednoczonych i Amerykanów, ale wydają się przeciwieństwem hollywoodzkiego kina wielkich studiów. Nie znajdziemy w nich typowej dla nich skłonności do uproszczeń i schlebiania widzom.
Od momentu debiutu kino Paula Thomasa Andersona (znanego także jako PTA) było nad wyraz dojrzałe i wielowarstwowe. Do tego - niełatwe w odbiorze i pozbawione efekciarstwa. Wszystko to, co zawodowiec uzna za wielki atut, dla hollywoodzkich wytwórni okazywało się przeszkodą w powierzeniu mu wysokobudżetowej produkcji. Trudno wręcz uwierzyć, że przywoływany już epicki obraz z Danielem-Day Lewisem w roli głównej – "Aż poleje się krew" - powstał za 25 milionów dolarów! Z czego połowę musiała pochłonąć gaża wielkiego aktora.
"Jedna bitwa po drugiej" jest pierwszym, wysokobudżetowym filmem PTA, nakręconym za 130 milionów dolarów. Wytwórnia Warner Bros. (studio należące do Warner Bros. Discovery, właściciela między innymi tvn24.pl), zainwestowała w niego po obsadzeniu w głównej roli Leonardo DiCaprio, a potem Seana Penna i Benicio del Toro. Anderson i DiCaprio wielokrotnie umawiali się na wspólną pracę, ale niezmiennie uniemożliwiały im to kolidujące z sobą terminy. W roli jego ukochanej Anderson obsadził modelkę, piosenkarkę i początkująca aktorkę Teyanę Taylor, dla której obraz okazał się przełomem.
Tak właśnie powstał najważniejszy amerykański film 2025 roku. Jak słusznie zauważył znany krytyk Owen Gleiberman na łamach "Variety": "PTA ukończył film przed ponownym objęciem urzędu przez Donalda Trumpa, ale jest on świadomą projekcją tego, do czego może doprowadzić autokracja, z jaką mamy obecnie do czynienia". I choć reżyser unika wypowiedzi na tematy polityczne, podkreślając, że woli, by to filmy mówiły za niego, "Jedną bitwę…" powszechnie odczytano jako dzieło niezwykle aktualne.
Zabawne i zarazem śmiertelnie poważne.
Satyryczny thriller i społeczna diagnoza
Do filmu będącego luźną adaptacją powieści Thomasa Pynchona "Vineland" z 1990 roku, Anderson przymierzał się od 20 lat. Ostatecznie połączył ją z dwoma innymi scenariuszami, nad którymi pracował. Jeden opowiadał o wyścigu samochodowym, drugi o rewolucjonistce. Szkielet fabularny zbudował "kradnąc z powieści Pynchona to, co mu się podobało i łącząc z wybranymi wątkami obu scenariuszy". W powieści akcja rozgrywała się w latach 80., Anderson postanowił przenieść ją jednak do współczesności. Jest to jednak współczesność alternatywna.
Film opowiada historię Boba Fergusona, (Leonardo DiCaprio), niegdyś rewolucjonisty z aspiracjami, które się nie spełniły. Ameryka stała się faszystowskim państwem policyjnym. Panuje systemowy rasizm. Imigranci są masowo łapani, i umieszczani w ośrodkach zamkniętych, gdzie rządzi policja. Grupa partyzantów próbuje zdestabilizować reżim za pomocą zamachów bombowych i napadów. Ich liderem jest właśnie Ferguson, zaś jego partnerką w życiu i w walce piękna Afroamerykanka, Perfidia (Teyana Taylor). Wkrótce oboje zostaną rodzicami, lecz niedane im żyć w rodzinnym stadle. Perfidia do tego się nie nadaje.
Akcja filmu przenosi się o kolejnych 16 lat do przodu. Ferguson wegetuje na dobrowolnym wygnaniu. Wypalony, z trudem ogarnia rzeczywistość. Ukrywa się teraz z córką, Willą przed śmiertelnym wrogiem - pułkownikiem Lockjawem (Sean Penn). Gdy córka zostaje porwana, z pomocą przychodzi mu dawny mentor - (Benicio Del Toro). Rewolucjoniści ponownie jednoczą siły, by ocalić dziewczynę.
Starcia polityczne zderzają się tu z niekonwencjonalną komedią i po trosze także z dramatem rodzinnym. Reżysernakręcił obraz w swojej dystopijności niezwykle aktualny, choć świadomie przesadzony. Satyryczny thriller opowiadający o tym, w jakim miejscu znalazła się dzisiejsza Ameryka i dokąd może zmierzać, jeśli nie zatrzyma się w pędzie do autorytaryzmu. Trudno się dziwić, że film potraktowano z jednej strony jako ostrzeżenie, ale także jako diagnozę społeczną.
Wszyscy aktorzy za swoje kreacje zdobyli nominacje do Oscara. W sumie film otrzymał ich 13, a pytanie brzmi: ile z nich zamieni się w złote statuetki? I czy będzie wśród nich najważniejsza kategoria: Najlepszy film?
"Jeśli nie teraz, to nigdy" - miał powiedzieć zachwycony filmem Steven Spielberg, wielki admirator twórczości Andersona.
Prawie jak Tarantino?
Paul Thomas Anderson zawsze wiedział, że chce zostać reżyserem. Urodził się w 1970 roku w Kalifornii, w Studio City w wielodzietnej rodzinie. Ma ośmioro rodzeństwa - czworo z poprzedniego związku ojca, który był aktorem i głosem stacji ABC. Grał rolę prowadzącego nocny program grozy, znanego jako Ghoulardi (potem syn nazwał tak swoją firmę produkcyjną). Rodzina Andersonów jako pierwsza w okolicy została posiadaczami magnetowidu, co dało PTA dostęp do nieskończonej ilości filmów.
Gdy w końcu lat 70. pojawiły się wypożyczalnie wideo, zostali ich klientami. Nie sposób nie wspomnieć tu Quentina Tarantino, którego fascynacja kinem także zaczęła się od wypożyczalni. Tyle, że on nie ukończył nawet szkoły średniej, a w wypożyczalni pracował przez kilka lat. Anderson zaś był pilnym uczniem college’u i zdał na wydział filmowy Uniwersytetu Nowojorskiego.
Wytrzymał tam… dwa dni. Po tym, jak posunął się do prowokacji, oddając jako swój tekst laureata Nagrody Pulitzera Davida Mameta i otrzymał za niego ocenę "C" (nasza "3"), stwierdził, że niczego się tam nie nauczy. Zamiast tego, 18 -letni PTA nakręcił amatorski mockument (stylizowany na prawdziwy, choć fikcyjny dokument) "The Dirk Diggler Story", opowieść o niegdyś sławnej gwieździe porno. Gdy postanowił rozszerzyć go do pełnometrażowego filmu, został zaproszony do programu filmów fabularnych w Sundance. Tam właśnie poznał Quentina Tarantino, który kręcił "Wściekłe psy". I choć każdy z nich poszedł własną drogą, są w przyjaźni.
Krytyczny zwykle Quentin mówi o nim z podziwem: "Najprawdziwszy artysta kina".
"Boogie Nights", czyli wybuch talentu
Choć "Boogie Nights" to film o branży porno, w niczym nie przypomina tych produkcji, jakie znamy.
Opowieść znów skupia się na niejakim Dirku Diggler – niezbyt bystrym, ale hojnie obdarzonym przez naturę młodzieńcu (Mark Wahlberg). To postać wzorowana na Johnie Holmesie – legendzie kina porno lat 70. Andersona jednakowo interesuje pokazanie barwnego tła epoki (wspaniała scenografia) co wielowątkowa - jak się okaże typowa u niego - narracja i eksponowanie jednostkowych dramatów. Inną cecha charakterystyczną kina PTA będzie przepaść między wyobrażeniami bohaterów o świecie a rzeczywistością.
Dirka poznajemy, gdy pracuje "na zmywaku" w nocnym klubie. Spotkanie z doświadczonym reżyserem filmów dla dorosłych Jackiem Hornerem (Burt Reynolds) stanie się dla niego punktem zwrotnym. Jack traktuje swoją pracę jako formę sztuki i wierzy, że uda mu się wejść do filmowego mainstreamu. Jest rok 1977, filmy porno są kręcone na taśmie filmowej i wyświetlane w kinach, a reżyser marzy o stworzeniu filmu tak dobrego, że zyska status "artystycznego".
W 1983 roku, kiedy akcja filmu się kończy, pornografia przeniosła się na wideo, a nagły egalitaryzm branży i jej dostępność dla wszystkich spowodowały upadek i klęskę bohaterów. Nie ma już cienia szansy na kino artystyczne – sprowadzone do czystej fizjologii pseudoprodukcje skutecznie zalewają rynek.
Zapomniany już wtedy, dawny gwiazdor kina Burt Reynolds daje w filmie jeden ze swoich najlepszych występów w karierze, zwieńczony Złotym Globem i nominacją do Oscara. Tworzy postać będącą nieco bardziej kiczowatą wersją Hugh Hefnera. Dzieło Andersona okazało się także przełomowe dla kariery Marka Wahlberga i Julianne Moore w roli aktorki porno. Tej ostatniej przyniosło pierwszą nominację do Oscara za drugoplanową kreację. Andersonowi zaś - za scenariusz oryginalny.
Choć film dostał kategorię "R", nie epatował nagimi ciałami. Raczej demitologizował seks. Rozmach i różnorodność produkcji przyniosły mu porównania do dzieł Roberta Altmana, takich jak "Gracz" czy "Nashville".
Było jasne, że właśnie objawił się wielki talent reżyserski.
"Magnolia", czyli arcydzieło numer 1
Nie sposób prześledzić tutaj szczegółowo całej twórczości Andersona, film po filmie, ale nie ulega wątpliwości, że musi znaleźć się miejsce na "Magnolię". To film absolutnie wyjątkowy, pokazujący najpełniej wachlarz wręcz nieograniczonych możliwości jej twórcy.
Fabuły streścić nie sposób, stanowi bowiem serię przeplatających się epizodów rozgrywających się w ciągu jednego dnia w Los Angeles. A czasem nawet w tym samym momencie. Znów mozaikowa narracja i wielowątkowość przywodzą na myśl kino Altmana, ale także Scorsese. Bohaterów spotykamy na ulicach w Dolinie San Fernando, częstym miejscu akcji filmów Andersona. Łączą ich więzy krwi, zbiegi okoliczności i pozornie równoległe życie. Tematy i wątki obecne tutaj będą wracać w kinie PTA: śmierć ojców, traumy dzieci i rozczarowanie wczesnymi obietnicami. Ale przede wszystkim nieprzewidywalność ludzkiego życia i losu. Widzimy, jak nagłe i zaskakujące wydarzenia mogą zniweczyć nasze plany i ambicje, którym poświęciliśmy lata pracy.
Wszyscy aktorzy tworzą tu niesamowite kreacje, a Tom Cruise bodaj najlepszą w karierze. Aktor wciela się w charyzmatycznego, ale toksycznego Franka - mówcę motywacyjnego, który uczy mężczyzn, jak "uwodzić i niszczyć" kobiety. Choć udaje ogiera, to postać głęboko niepewna siebie, skrywająca bolesną przeszłość. Właśnie umiera na raka jego ojciec, który porzucił go przed laty. Historia skupia się na konfrontacji Franka z przeszłością. Za tę kreację Tom Cruise otrzymał Złoty Glob oraz nominację do Oscara.
Bohaterów jest tu jednak znacznie więcej. Julianne Moore jako niekochająca żona, Michael Bowen jako kolejny toksyczny zastraszający ojciec, Philip Seymour Hoffman w roli opiekuna-pielęgniarza.
Zapomnijmy o obowiązywaniu zasad logiki, oglądając "Magnolię". Ten film odbiera się intuicyjnie, bez szukania związków przyczynowo - skutkowych. Wszystkie wątki zbiegają się w wydarzeniu, którego widz nie może przewidzieć. Mimo że już prolog nas do niego przygotowuje, podobnie jak liczne nawiązania do Księgi Wyjścia.
"Magnolia" trwa ponad trzy godziny i ma charakter "operowy", równie majestatyczny i emocjonalny jak ten właśnie gatunek. Choć mamy tu dziewięcioro równorzędnych bohaterów, reżyser ani przez chwilę nie gubi się w tej karkołomnej konstrukcji, co wydaje się wręcz niemożliwe. Opowiadając każdą historię z osobna, jednocześnie nie traci z oczu całości. Trudno uwierzyć, że PTA miał wtedy zaledwie 28 lat. Zaskakująco optymistyczny finał stawia kropkę nad "i" w sposób godny wielkiego mistrza.
Sam Anderson po premierze powiedział: "Bez względu na to, jakie filmy jeszcze nakręcę 'Magnolia' to najważniejszy tytuł w mojej karierze". Czy dziś myśli podobnie, nie wiadomo.
Arcydzieło numer dwa
Kolejne filmy Andersona potwierdzały jego wszechstronność. Balansujący między dramatem a czarną komedią "Lewy sercowy" z kojarzonym wtedy z niezliczoną ilością Złotych Malin Adamem Sandlerem udowadniał, że PTA jest w stanie wydobyć to, co najlepsze, nawet z tych rzekomo mniej utalentowanych. Dla aktora był przełomem.
Z kolei nakręcony w 2012 roku "Mistrz" koncentruje się na charyzmatycznym przywódcy sekty (Philip Seymour Hoffman), wzorowanym na przywódcy scjentologów. To opowieść o zmarnowanych szansach i o tym, jak łatwo poddajemy się manipulacji socjopatów. Trudno wyrokować, czy to Seymour czy też obsadzony w głównej roli Joaquin Phoenix stworzył tu wybitniejszą kreację.
Ale chyba żaden obraz Andersona (do czasu "Jednej bitwy…") nie wywołał takiego poruszenia jak "Aż poleje się krew". Było już o tym, że ma status jednego z największych arcydzieł naszego wieku. Pora powiedzieć dlaczego. Nie bez racji tę opowieść będącą osobistym rozrachunkiem reżysera z kapitalizmem, porównywano nawet do "Obywatela Kane'a". Reżyser demitologizuje też bezlitośnie amerykański sen o magii wielkiego sukcesu.
Po raz pierwszy w swojej karierze Anderson pracował tu nad cudzym tekstem. Scenariusz napisał na podstawie powieści z połowy XX wieku Uptona Sinclaira "Oil!".
Day-Lewis gra wydobywcę srebra, który przypadkowo trafia na ropę w 1898 roku. Sprytny, bezlitosny mizantrop, przekuwa początkowy łut szczęścia w gigantyczną fortunę, napędzany dumą i pogardą dla wszystkich i wszystkiego wokół. Ma jedną słabość: adoptowanego syna, którego kocha, a jednocześnie wykorzystuje. Ma też wroga: młodego pastora (Paul Dano), którego rodzinne ranczo musiał kupić, aby dostać się do ropy. Jego sukces i bogactwo staną się jednak początkiem końca.
Anderson z precyzją zegarmistrza pokazuje, jak chciwość bohatera, pragnienie posiadania, bierze górę nad każdym innym uczuciem. Nawet nad miłością do syna. Jak dociera do granic szaleństwa, a w końcu popełnia zbrodnie. W tym arcydziele wszystko ma wymiar epicki. Kolejna oscarowa kreacja Day-Lewisa obecnego w niemal każdym ujęciu, często w zbliżeniu, jest hipnotyzująca. Orkiestrowa ścieżka dźwiękowa stałego współpracownika Andersona Jonny’ego Greenwooda (gitarzysty Radiohead) w połączeniu ze wspaniałymi zdjęciami surowego górskiego krajobrazu fotografowanego przez Roberta Elswita, budują mroczny klimat dzieła.
Warto dodać, że "Aż poleje się krew" odczytano na wiele sposobów: nie tylko jako rozprawę o korzeniach rozpasanego amerykańskiego kapitalizmu. Także metaforycznie jako historię upadku i apokalipsy oraz ostrzeżenie przed nimi.
O tym, jak bardzo skrzywdzono film wart wszystkich Oscarów, Akademia powinna przypomnieć sobie przed tegoroczną galą.
"Zabiłem największego aktora wszech czasów"
Nie sposób nie wspomnieć też o drugim wybitnym filmie, w którym Anderson połączył siły z Danielem Day-Lewisem, czyli "Nici widmo" (2017). Kolejne, równie perfekcyjne dzieło, miało jednak nieoczekiwany finał. Mimo swej doskonałości.
Film opowiada historię Reynoldsa Woodcocka (Day-Lewis), znanego w Londynie lat 50. projektanta mody, którego uporządkowane życie burzy młoda dziewczyna. Sztywny, poukładany do bólu i odpychający mężczyzna zakochuje się i chce być szczęśliwy. W tym z pozoru chłodnym, perfekcyjnym dziele pod fasadą ładu buzuje erotyzmem. Miłosna gra między bohaterami czy może raczej walka o dominację, prowadzona jest z takim wyczuciem, że oglądając ją, wstrzymujemy oddech. To jednak w przeciwieństwie do "Aż poleje się krew" obraz pełen nieco złośliwego humoru.
A wspomniany finał? Jak wiadomo, kończąc pracę nad filmem, Daniel Day-Lewis zapowiedział pożegnanie z kinem, w co nikt nie wierzył. Gdy okazało się to prawdą, wybuchła histeria. Winę za to zrzucono na Paula Andersona, który wymagał od aktorów wspólnego mieszkania w klaustrofobicznym domu, który był jednocześnie planem filmowym. Ponoć był to koszmar, który sprawił, że Day-Lewis pożegnał się z aktorstwem.
W wywiadzie dla "The Independent" Anderson żalił się: "Ciągle słyszę pretensje, że to po naszym wspólnym filmie Daniel postanowił rozstać się aktorstwem, choć podczas pracy o tym nie wspominał. I czuję się winny. Mam ochotę krzyczeć: Wiem, wiem. Zabiłem swoim filmem największego aktora na świecie. Boże, ludzie naprawdę wierzycie, że to moja wina?".
Na szczęście dla reżysera po ośmiu latach na emeryturze Daniel Day-Lewis pojawił się znowu na planie zdjęciowym. Tyle, że tym razem w reżyserskim debiucie własnego syna. Film okazał się jednak tak nieudany, że nawet on nie był w stanie go uratować.
Plotka głosi, że Anderson na wieść o jego powrocie złożył mu propozycję kolejnego wspólnego projektu. I choć na razie nie wiadomo, jak zdobywca trzech Oscarów zareagował, wygląda to na szczęśliwe zakończenie rzekomego sporu.
Autorka/Autor: Justyna Kobus
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: PAP