Zbieżność nazwisk przypadkowa. Zamiast z koszykówką zacznie kojarzyć się z Oscarem?

Michael B. Jordam Najlepszym Aktorem
"Grzesznicy", reż. Ryan Coogler
Źródło: Warner Bros. Pictures
Choć Timothee Chalamet długo uchodził za faworyta, w finale wyprzedził go Michael B. Jordan. I to on został nagrodzony Oscarem za główną, podwójną rolę w "Grzesznikach". Kim jest zwycięzca oscarowego wyścigu?

Przez długie tygodnie zarówno krytycy jak i bukmacherzy na zwycięzcę Oscara w kategorii "Najlepszy aktor" typowali 30-letniego Timothee Chalameta. Do 1 marca, kiedy podczas gali Actor Awards (nagrody Gildii Aktorów) nagrodę za rolę w "Grzesznikach" zgarnął Michael B. Jordan (zbieżność nazwisk ze słynnym koszykarzem jest przypadkowa). To wywróciło do góry nogami dotychczasowy "układ sił" - przez ostatnie dwa tygodnie na czele branżowych sondaży i bukmacherskich zakładów widniało już nazwisko Jordana. Dziś wiemy, że prognozy okazały się trafione. 98. edycja Oscarów to jemu przyniosła upragnioną złotą statuetkę.

Dlaczego Jordan pokonał Chalameta?

"Dlaczego nie Chalamet?"- pytał na czołówce prestiżowy "The Hollywood Reporter". Zdaniem krytyków branżę zniechęciła nadmierna pewność siebie młodego aktora. Szerokim echem odbił się jego występ, gdy odbierając prestiżową nagrodę Critic Choice, mówił o chęci stania się jednym z "największych w historii kina". Zbyt przesadnie zachwycał się publicznie własnym talentem i wszedł w konflikt z aktorską gildią. Jej członkowie uznali jego oscarową kampanię za "zbyt agresywną".

Na tle tej autopromocji skromna kampania oscarowa Jordana mogła przypaść do gustu Akademii. Samą podwójną rolą braci bliźniaków z gangsterską przeszłością w niczym zresztą Chalametowi nie ustępował. Krytycy od początku określali ją mianem "genialnej" i "godnej Oscara".

Michael B. Jordan w scenie z "Grzeszników"
Michael B. Jordan w scenie z "Grzeszników"
Źródło: Warner Bros. Entertainment Polska

Nieperfekcyjne arcydzieło perfekcjonistów

Niewiele było ostatnimi laty filmów, które miały taki oddźwięk jak "Grzesznicy" Ryana Cooglera. Gatunkowy mariaż filmu, który do połowy jest dramatem obyczajowym, by nagle walnąć nas obuchem w głowę i zmienić się w horror, przyprawia o zawrót głowy. Jakby tego było mało, to także znakomity film muzyczny i kino gangsterskie. A wreszcie przejmująca opowieść o kulturowym zawłaszczeniu. Pokazuje, co się dzieje, gdy tracimy własną tożsamość, historię, a wreszcie pamięć o nich.

Trudno nie spoilerować, pisząc o fabule, więc najkrócej: oto dwaj bracia bliźniacy, Smoke i Stack grani przez Jordana, po latach gangsterki pod okiem Ala Capone, chcą osiąść na swoim. Zrobić coś dla czarnoskórej społeczności. Zakładają klub z muzyką i tańcem. Zatrudniają też utalentowanego muzycznie syna pastora, Sammiego. To on stanie się zapalnikiem dla niespodziewanych wydarzeń, które spowodują wspomnianą gatunkową "przewrotkę". Jeszcze precyzyjniej – sprawi to jego muzyka – blues, w którym odnajdziemy duszę filmu: nostalgię, tęsknotę i ból, ale i sposób dla wyrażania kulturowej odrębności czarnoskórej społeczności. Muzyka jest tu bramą oddzielającą świat realny od metafizycznego. Jej kompozytor Ludwig Goransson zdobył za ścieżkę dźwiękową zasłużonego, trzeciego Oscara.

Nie ma tu jasnego podziału na dobro i zło. Wszystkie wydarzenia - a znajdziemy tu i wątki miłosne, i opowieść o stracie - przepełnione są głęboką symboliką. Niczego nie należy odczytywać dosłownie, każdy wątek ma drugie, a czasem i trzecie dno. Sercem filmu jest rola, a raczej dwie role Jordana. Aktor świetnie radzi sobie z przypisaniem każdemu z bliźniaków odrębnej osobowości. Gdy widzimy ich razem na jednym planie, te różnice są wyraźne, choć fizycznie są identyczni. Smoke jest poważny i pragmatyczny, Stack - pogodny i czarujący. Jordan mówi z południowym akcentem. Świetnie też śpiewa i tańczy. Ma się wrażenie, że jest w ekstazie. Sam film to istna kinowa euforia – pełna emocji pieśń pochwalna o życiu i miłości. Także do filmów.

To już piąty wspólny film Cooglera i Jordana. Bez wątpienia najlepszy, z najwybitniejszym występem tego drugiego. Swoją karierę zawdzięcza przecież niemal w całości Cooglerowi. Krytyk "Variety" Peter Debruge napisał: "Coogler jest chyba jedynym reżyserem, który naprawdę rozumie, co czyni Jordana gwiazdą i wybitnym aktorem".

Warto bliżej przyjrzeć się bliżej zwycięzcy w aktorskiej kategorii.

Michael B. Jordan z ekipą filmu "Fruitvale" na festiwalu w Sundance
Michael B. Jordan z ekipą filmu "Fruitvale" na festiwalu w Sundance
Źródło: Jeff Vespa/WireImage/GettImages

Od modela do gwiazdy filmowej

Nie jest spokrewniony ze słynnym koszykarzem i by się odróżniać, dodał do imienia i nazwiska literkę B., za którą kryje się jego drugie imię – Bakari. W języku suahili znaczy "szlachetna obietnica", co jest dla niego ważne. Owo "B." jednak nie pomogło, a gdy sam zaczął grać w koszykówkę, żartom nie była końca. Ale w końcu minęły.

Miał 11 lat, gdy znajoma mamy zobaczyła w nim materiał na modela. Dzieciństwo zapamiętał jako jedną długą podróż - od castingu do castingu. Pojawił się w wielu kampaniach reklamowych, a stamtąd szybko trafił do telewizji.

Początkowo grał epizody w takich produkcjach jak "Rodzina Soprano" czy "Prawo ulicy". Tam uczył się aktorstwa. W kinie zadebiutował u boku Keanu Reevesa w "Krótkiej piłce", w roli jednego z trudnych chłopców. Potem były większe role, ale to spotkanie z Ryanem Cooglerem było niczym wybuch wulkanu dla powoli rozwijającej się kariery. Ten obsadził go w pierwszym wspólnym filmie "Fruitvale". Jego scenariusz pisał, gdy Amerykanie żyli śmiercią Trayvona Martina - czarnoskórego 17-latka zastrzelonego w Orlando podczas powrotu do domu. Coogler we "Fruitvale" pokazał ostatni dzień z życia Oscara Granta - młodego czarnoskórego mężczyzny, zakutego w kajdanki i powalonego na ziemię, który zginął od policyjnej kuli. Wydarzenie na stacji Fruitvale nagrali telefonami świadkowie. Winny jego śmierci policjant dostał śmieszny wyrok, co wywołało falę zamieszek i protestów. Film miał premierę na Sundance w 2013 roku, gdzie otrzymał Główną Nagrodę Jury i publiczności. Jordana uhonorowano prestiżową Gotham Award w kategorii "aktorski przełom".

Dwa lata później Coogler odważył się tchnąć nowe życie w kultową serię "Rocky", znów z Jordanem w głównej roli. Jego historia, z udziałem Sylvestra Stallone to opowieść o poszukiwaniu tożsamości i odkrywaniu siebie. Jako stary mistrz i trener głównego bohatera, aktor znów wrócił do formy.

Do wejścia na plan, (a tam na ring) Jordan przygotowywał się przez rok. Wyciskał kilogramy i niemal mieszkał w siłowni, jak sam żartował. Było warto, bo jego muskulatura robiła wrażenie. Młody bohater jest tu nieślubnym synem Apolla Creeda, legendarnego mistrza świata, który zginął na ringu w "Rockym". Po śmierci matki wychowywał się w sierocińcach i domach poprawczych. Dopiero wdowa po Apollu odnalazła go i przygarnęła. Nauczyła miłości i godności, ale nosił w sobie niepokój. Dopóki nie odkrył, że jego miejsce jest na ringu - tam, gdzie ojca. Odnalazł Rocky'ego Balboę, dawnego przyjaciela i rywala Apolla, który został jego duchowym ojcem. Ich więź to najmocniejszy i najlepszy wątek sagi. Adonis odkrył, że zwycięstwo to nie tylko znokautowanie przeciwnika - czasem ważniejsze jest pokonanie samego siebie. Film odniósł sukces i wkrótce powstał "Creed II", w którym bohater mierzy się z synem człowieka, który zabił mu ojca. Ta konfrontacja staje się dla niego emocjonalnym rozliczeniem z przeszłością.

Ostatnią część trylogii, w której Adonis jest dojrzałym mężczyzną, mężem i ojcem, Jordan wyreżyserował sam. Walczył w niej na ringu z przyjacielem z dzieciństwa, który spędził lata w więzieniu i obwiniał za to jego. Poradził sobie nieźle jak na debiutanta, nawet jeśli do pierwszej, znakomitej części sagi porównać filmu nie sposób. Na skutek konfliktu o prawa autorskie do postaci - między producentem a Stallone - ten ostatni wycofał się z filmu. Mimo to produkcja okazała się najbardziej dochodową ze wszystkich części trylogii, zarabiając prawie 300 mln dolarów.

To dowód na to, że Jordan jako Adonis Creed okazał się godnym następcą Rocky'ego.

Michael B. Jordan i Sylwester Stallone w filmie "Creed"
Michael B. Jordan i Sylwester Stallone w filmie "Creed"
Źródło: Forum Film Poland

Jak Martin Scorsese i Robert De Niro?

Wkrótce Coogler dostał propozycję od Marvela i nakręcił kultową dziś "Czarną panterę", pierwszy film o czarnoskórym superbohaterze, który z budżetem 200 milionów dolarów, zarobił miliard 400 milionów dolarów. I pobił mnóstwo kasowych rekordów. Oczywiście nie zapomniał o ulubionym aktorze. Tym razem obsadził go w roli złoczyńcy. Jordan wypadł tak znakomicie, że przesłonił postać głównego bohatera - księcia T'Challa granego przez Chadwicka Bosemana.

"Czarna Pantera" to kolejna opowieść science-fiction będąca częścią filmowego Universum Marvela, jak zwykle stanowiąca adaptację komiksu. Jej wyjątkowość polega na tym, że stowarzyszenia amerykańskich krytyków uznały film za najlepszy w historii marvelowskich produkcji i doceniły jego "wyjątkowe znaczenie kulturowe." Była to też pierwsza produkcja o superbohaterach, która otrzymała nominację do Oscara w głównej kategorii "najlepszy film".

Główny bohater T'Challa zostaje koronowany na króla Wakandy po śmierci ojca, jednak musi stawić czoła Killmongerowi (Jordan). Ten planuje porzucić politykę izolacji kraju i rozpocząć globalną rewolucję. Wychowany w getcie uosabia czarny ból, nawołując do radykalnych rozwiązań. Gdy ma okazję uratować się, raniony przez T'Challa, odrzuca szansę, bo jak mówi: "lepsza śmierć od życia w niewoli". Jak pisano, postać Killimongera to dzięki wysiłkowi Jordana i Cooglera "najbardziej wyrazisty antagonista w całym Uniwersum Marvela".

Jak przekonująco wypadła współpraca tego duetu w tym czysto rozrywkowym projekcie, niech świadczy fakt, że wspomniany już Peter Debruge porównał ją do najbardziej ikonicznego duetu w historii: Martina Scorsese i Roberta De Niro. Oczywiście dotyczyło to wszystkich ich wspólnych filmów, ale porównanie pojawiło się po premierze "Czarnej pantery".

A przecież największe ich wspólne dzieło - czyli "Grzesznicy" - miało powstać dopiero siedem lat później.

W filmie "Czarna pantera" z Chadwickiem Bosemanem
W filmie "Czarna pantera" z Chadwickiem Bosemanem
Źródło: Disney

Nie tylko aktor

Oczywiście Michael B. Jordan nie jest wyłącznie aktorem Ryana Cooglera. Zagrał też w wielu produkcjach innych reżyserów, mimo że kamieniami milowymi jego kariery są ich wspólne produkcje. Warto jednak wspomnieć także o chwytającym za serce (choć nie do końca udanym) filmie Denzela Washinghtona "Dziennik dla Jordana" czy w niezłym dramacie sądowym "Tylko sprawiedliwość" Destina Crettona. Ten ostatni to kino mocno zaangażowane, rodem z ekranowego świata Spike'a Lee. Zresztą, jeśli przyjrzeć się jego dorobkowi, widać, że preferuje właśnie ten gatunek ról.

Jak sam jednak mówi, aktorstwo nie jest jego całym światem, choć uprawia je z wielką pasją. Właśnie przymierza się do wyreżyserowania kolejnego filmu i jest bardzo aktywny jako producent filmowy. Założył firmę produkcyjną Outlier Society Productions, która promuje różnorodność w branży filmowej i słynie ze stosowania klauzuli "Inclusion Rider" (chodzi o różnorodność płci czy koloru skóry przy zatrudnianiu). Jest bodaj najaktywniej działającym na rzecz różnorodności i równości w branży hollywoodzkim aktorem.

Coogler pytany, co sprawia, że ​​Jordan jest tak przekonujący na ekranie, odpowiada: - Mike ma w sobie ten rodzaj magii, który moim zdaniem ma Tom Hanks – widzisz go i zależy ci na nim. Uruchamia naszą empatię.

Jak widać owa "magia" Jordana udzieliła się się także akademikom.

Michael B. Jordan wybrany został "Najseksowniejszym mężczyzną 2020 roku"
Michael B. Jordan wybrany został "Najseksowniejszym mężczyzną 2020 roku"
Źródło: CHRIS TORRES/PAP

Redagowała Katarzyna Guzik, am

Czytaj także: