Wkrótce poznamy nominacje do Oscarów. Krytycy zapowiadają pobicie rekordu wszech czasów

Kadr z filmu "Grzesznicy"
"Grzesznicy", reż. Ryan Coogler (2025)
Źródło: Warner Bros. Pictures
Jutro poznamy nominacje do 98. edycji Oscarów. W amerykańskich mediach trwają typowania krytyków. Zdaniem Claytona Davisa z "Variety" sensacyjnie zapowiada się walka o liczbę nominacji między faworytami. Jego zdaniem szansę na pobicie rekordu wszech czasów Akademii - na 15 nominacji - mają "Grzesznicy", a tuż za nimi typuje z 14 "Jedną bitwę po drugiej". Oba filmy to produkcje Warner Bros. Discovery.

Jeśli typowania Claytona Davisa - redaktora naczelnego "Variety" - się sprawdzą, będziemy mieli do czynienia z nie lada sensacją. Dotychczasowy rekord w liczbie zdobytych nominacji należy do trzech tytułów, które zdobyły ich po 14. Są to: "Wszystko o Ewie" Josepha L. Mankiewicza, "Titanic" Jamesa Camerona i "La La Land" Damiana Chazelle'a.

Ten pierwszy film zdobył wspomniane 14 nominacji dokładnie 75 lat temu, w 1951 roku, i jego rekord nigdy nie został pobity. W 1997 powtórzył go "Titanic", a w 2017 - "La La Land". Jeżeli przewidywania Davisa (uchodzącego od lat za bezkonkurencyjnego znawcę gustów Akademików) się spełnią i "Grzesznicy" Ryana Cooglera zdobędą 15 nominacji, tegoroczna 93. edycja Oscarów okaże się przełomową. Także dlatego, że wszystko wskazuje na to, iż realne szanse na "dogonienie" "Grzeszników" ma wyłącznie inny tytuł tej samej wytwórni (Warner Bros. Discovery, właściciela między innymi TVN i TVN24) - "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona.

Jak typują amerykańscy krytycy?

Choć co do tego, że największą liczbę nominacji zdobędą wspomniane dwa tytuły wytwórni Warner Bros. zgodni są wszyscy, część krytyków jest zdania, że to film Paula Thomasa Andersona ma największe szanse "na nowo napisać historię Oscarów", czyli zdobyć owe rekordowe 15 nominacji.

Niektórzy piszą też, że rekord pobić mogą oba filmy, co byłoby wydarzeniem bez precedensu w historii Oscarów.

Nie bez powodu przywołujemy jednak wypowiedź redaktora naczelnego "Variety" Claytona Davisa, którego typowania śledzą za oceanem wszyscy filmowcy. Odkąd jako jedyny w 2017 roku przewidział - wydawać by się mogło nierealne - zwycięstwo filmu "Moonlight" w głównej kategorii, uważany jest za największy autorytet w tej kwestii. Nikt poza nim nie wskazał wtedy na wygraną nakręconego za śmieszne 4 miliony dolarów, pozbawionego gwiazd, skromniutkiego filmu Barry'ego Jenkinsa, który pokonał nominowany w 14 kategoriach "La La Land".

Czy i tym razem to właśnie on miał rację, dowiemy się już jutro wczesnym popołudniem.

Scena z filmu "Grzesznicy"
Scena z filmu "Grzesznicy"
Źródło: Warner Bros. Entertainment Polska

Pięć tytułów to "pewniaki"

Jeśli krytycy zza oceanu różnią się (odrobinę) w kwestii potencjalnego rekordzisty, to są już jednogłośni w przypadku tytułów uważanych za absolutne "pewniaki" w głównej kategorii: najlepszy film.

Tutaj, aby trafnie przewidzieć nominacje do Oscara, wystarczy przeanalizować nagrody przyznawane wcześniej przez najważniejsze gildie Hollywood - producentów, reżyserów i aktorów. Te trzy gildie - patrząc na historię Oscarów - z niezwykłą dokładnością przewidują listy nominowanych. Dotyczy to zwłaszcza najważniej kategorii.

W tym roku pięć filmów zdobyło największą liczbę nominacji tych organizacji w sezonie i z całą pewnością otrzymają nominacje w głównej kategorii. Są to: "Jedna bitwa po drugiej" Paula Thomasa Andersona, "Grzesznicy" Ryana Cooglera, "Hamnet" Chloé Zhao, "Wielki Marty" Josha Safdiego i "Frankenstein" Guillermo Del Toro. Akademia nominuje jednak co roku 10 tytułów (czasem 9). Co do reszty zdania są mocno podzielone. Najczęściej powtarzają się takie tytuły jak norweski obraz Joachima Triera "Wartość sentymentalna" (jedyny film zagraniczny w typowaniach) oraz "Bugonia" Yorgosa Lanthimosa i "Blue Moon" Richarda Linklatera.

Wśród reżyserów z piątki "pewniaków" w głównej kategorii, nominacji zdaniem większości krytyków (także Davisa) nie otrzyma jedynie twórca filmu "Wielki Marty" Josh Safdie. Być może dlatego, że to kino typowo komercyjne, choć znakomicie nakręcone.

Zamiast niego typują twórcę "Wartości sentymentalnej" Joachima Triera. Już teraz zresztą traktowany jest również jako niemal pewny zwycięzca w kategorii film międzynarodowy. Jego głównym rywalem będzie z pewnością Jafar Panahi z filmem "To był zwykły przypadek".

Chase Infiniti w filmie "Jedna bitwa po drugiej"
Chase Infiniti w filmie "Jedna bitwa po drugiej"
Źródło: materiały prasowe

Najtrudniej z aktorami?

W tym roku wyjątkowo trudno wytypować nominowanych w kategoriach aktorskich.

W przypadku głównej roli męskiej poza trzema nazwiskami: Timothée Chalameta ("Wielki Marty"), Ethana Hawke'a ("Blue Moon") i Michaela B. Jordana ("Grzesznicy"), krytycy są znowu mocno podzieleni. Wielu przyznaje jednak, że skandalem byłby brak nominacji dla znakomitego Leonardo DiCaprio" w "Jednej bitwie po drugiej". Z jakiegoś powodu ten wybitny aktor nie jest jednak ulubieńcem Akademików. Walka o Oscara rozegra się jednak w finale zapewne między Chalametem a Hawke'em.

Podobnie dzieje się w przypadku głównej roli kobiecej, mimo że bezdyskusyjną faworytką do Oscara jest w tej kategorii Jessie Buckley, za wielką rolę żony Szekspira w "Hamnecie" Zhao. Oprócz niej pewną kandydatką do nominacji jest Rose Byrne ("Kopnęłabym cię, gdybym mogła") oraz Chase Infiniti ("Jedna bitwa po drugiej").

A dalej znów znawcy tematu się dzielą, najczęściej wymieniając Emmę Stone za rolę w "Bugonii". Spore szanse na nominację ma także Kate Hudson za rolę w filmie muzycznym "Song Sung Blue".

"Hamnet" ze zdjęciami Łukasza Żala
"Hamnet" ze zdjęciami Łukasza Żala
Źródło: United International Pictures

Czekając na polski akcent

Po tym, jak film Agnieszki Holland "Franz" nie trafił na tak zwaną krótką listę tytułów, które przeszły do dalszej oscarowej rywalizacji, polscy kinomani z nadzieją patrzą w stronę pięknego filmu Chloe Zhao "Hamnet". Autorem wspaniałych zdjęć do niego jest bowiem Łukasz Żal, od czasu sukcesu "Idy" robiący międzynarodową karierę.

Ale w miarę przyznawania kolejnych nagród te szanse są niestety coraz mniejsze. Po tym, jak British Society of Cinematographers, a wcześniej taka sama organizacja z USA - American Society of Cinematographers - nie nominowały go do swoich nagród, jego szanse na nominację zmalały drastycznie.

Nie znaczy to jednak, że jest już ich pozbawiony i pozostaje nam do końca mocno zaciskać kciuki.

Czytaj także: