Ten rok należy do niej. Od początku sezonu nagród Jessie Buckley zgarniała za rolę żony Szekspira w "Hamnecie" wszelkie możliwe wyróżnienia. Wszystkie przepowiadały oscarowe zwycięstwo - od Złotego Globu, poprzez BAFTA, skończywszy na przyznanym niedawno Actor Awards. Takiej sytuacji w głównej aktorskiej kategorii nie było od lat. Oscar był oczywistością.
Aktorskie objawienie z Irlandii
Jessie Buckley to jedno z największych ekranowych objawień ostatniej dekady, a z pewnością największe wśród pań w kinie irlandzkim. Co najmniej na miarę Paula Mescala wśród panów. Nie dziwi więc, że ten właśnie duet oscarowa reżyserka Chloe Zhao obsadziła w głównych rolach w "Hamnecie".
Jesienią ubiegłego roku film wygrał festiwal filmowy w Toronto, zwykle zwiastujący Oscary, a potem... podzielił widzów i krytyków na całym świecie. Jedni, śladem publiczności w Toronto, uznali obraz Zhao za przejmująco piękne i szczere, oferujące katharsis kino, inni wytykali reżyserce zbytni sentymentalizm, nazywając go "wyciskaczem łez". Sama zaliczam się do tych pierwszych, dlatego osiem nominacji do Oscara dla "Hamneta" – w tym dla najlepszego filmu i za reżyserię - przyjęłam z entuzjazmem. Udowadniają, że to publiczność w Toronto miała rację.
Bez względu jednak na stosunek do samego filmu, co do jednego wszyscy są zgodni: Jessie Buckley, jako fascynująca żona Szekspira, stworzyła w nim niesamowitą, wielką kreację. Taką, jaka zdarza się w kinie raz na parę lat.
Nie była to pierwsza nominacja do Oscara 36-letniej aktorki. W 2021 roku zachwyciła na drugim planie w "Córce" Maggie Gyllenhaal, jako młodsze wcielenie wielkiej Olivii Colman. Już wówczas była o włos o statuetki, przegrała jednak z Arianą DeBose z "West Side Story".
Tym razem nie miała konkurencji. Kto śledził sondaże i typy bukmacherów, mógł widzieć liczby, które oszałamiały: ponad 96 procent "graczy" stawiało na Buckley. Druga na liście Rose Byrne miała 4-procentowe poparcie, a pozostałe trzy nominowane jakby zupełnie nie istniały. Identycznie wyglądały typy krytyków.
Agnes, czyli wielka miłość Szekspira
"Hamnet" Chloe Zhao to adaptacja fikcyjnej opowieści Maggie O'Farrell, która na warsztat wzięła autentyczne wydarzenie z życia Szekspira - śmierć syna. W jej interpretacji stało się ono punktem wyjścia dla jednego z jego najwybitniejszych dramatów - "Hamleta". I choć zdaniem szekspirologów to naciągana teoria, w filmie przekonuje.
Przenosimy się więc do Anglii 1580 roku. Ubogi nauczyciel łaciny William Szekspir (Paul Mescal) poznaje niezależną duchem i starszą od niego o 8 lat Agnes (Buckley). Para zakochuje się w sobie i rozpoczyna gorący romans, który prowadzi do ślubu i narodzin trójki dzieci.
W filmie żona Szekspira jest postacią fascynującą, córką zielarki, rzekomej "leśnej czarownicy", a jej wiedzę botaniczną odnajdziemy w dziełach Szekspira. Nieco dzika, zakochana w lesie, współodczuwająca z otaczającą ją naturą. Piękne zdjęcia Łukasza Żala pokazują ją, jakby była leśną nimfą, co nadaje filmowi charakter baśni. Jest pełna energii, nietuzinkowa i w przeciwieństwie do męża - obdarzona wielkim temperamentem. Widać, że tych dwoje łączy prawdziwa namiętność.
Buckley zachwyca jako wielka miłość literackiego geniusza, choć nie ma urody gwiazdy filmowej. Gdy Will wyrusza do odległego Londynu, by rozwijać karierę teatralną, Agnes zostaje sama z dziećmi. Kiedy dochodzi do tragedii (chłopiec umiera na dżumę), więź między małżonkami zastępują żal i wzajemne pretensje. To jak Szekspir poradził sobie z tragedią, pozostaje kwestią wyobraźni twórców. Pięć lat po śmierci syna napisał "Hamleta", którego film przedstawia jak efekt "oczyszczenia", uwolnienia się od żalu. Ale prawdziwym katharsis staje się on dla Agnes, którą cierpienie po stracie dziecka niemal doprowadza do obłędu.
Film jest pełen symbolicznych, metafizycznych scen, ale nietrudno je rozszyfrować. Ta najsłynniejsza, pokazuje premierę "Hamleta" na londyńskiej scenie, gdy stojąca pod sceną Agnes odkrywa, że śmierć syna stała się budulcem dla sztuki męża. Dla niej okazuje się wstrząsającym przeżyciem, doświadczeniem granicznym. Po łzach przychodzi jednak moment uwolnienia od bólu - Agnes powraca do życia. Twarz Buckley, pokazywana w zbliżeniach przez Żala, opowiada przejmującą historię miłości i straty. A wreszcie pogodzenia się z losem.
Patrząc na Buckley, można łatwo zrozumieć, dlaczego była jedyną aktorką, którą od początku Zhao chciała do tej roli. - Jessie ma w sobie dość rzadką cechę – absolutny brak próżności. A próżność jest wrogiem autentyczności – tłumaczy reżyserka.
Do trzech razy sztuka
Jessie Buckley urodziła się w 1989 roku, w wielodzietnej rodzinie, jako córka śpiewaczki operowej i zdolnego poety. I choć z czasem rodzice porzucili swoje pasje, by w bardziej praktycznych zawodach zarobić na utrzymacie pięciorga dzieci, artystyczne inklinacje przekazali im w genach.
Jako 11-latka przyszła aktorka została uczennicą żeńskiej szkoły klasztornej, której nie znosiła. Lubiła jednak naukę gry na fortepianie i harfie, a także granie męskich ról w musicalowych sztukach (np. Tony'ego w "West Side Story" ). Nie była dobrą uczennicą, a do tego buntowała się przeciw całemu światu, co nie sprzyjało przyjaznym relacjom z otoczeniem. Kochała za to muzykę. Potrafiła wstać o 5 rano, by samotnie ćwiczyć grę na harfie w piwnicznej sali. Długo miała uczucie, że nie pasuje do najbliższego otoczenia.
Uwielbiała za to coroczne wakacyjne warsztaty Irlandzkich Towarzystw Muzycznych (AIMS), podczas których szlifowała śpiew i aktorstwo. To tam namówiono ją, by zdawała do szkoły teatralnej w Londynie. Z jakiegoś powodu nie dostała się do dwóch szkół dramatycznych, do których aplikowała. Nie chciała jednak odpuścić. Parę lat później z wyróżnieniem ukończyła tę najbardziej prestiżową – Królewską Akademię Sztuki Dramatycznej w Londynie.
Jej kariera nie zaczęła się jednak na scenie, a od udziału w programie "I'd Do Anything" ("Zrobiłabym wszystko"), w którym genialnie zaśpiewała utwory z musicali i zajęła drugie miejsce. Gdyby lepiej poszło jej z tańcem, byłaby pierwsza. Producenci programu zrozumieli, że trafiła im się perła i obsadzili ją w kultowym musicalu "Jesus Christ Superstar" wystawianym na londyńskim West Endzie. Tam zachwycił się nią sam Andrew Lloyd Webber uważany za boga i w Londynie, i na Broadwayu. Osobiście sprawił, że zaczęła regularnie grać duże role w najpopularniejszych musicalach.
Właśnie tam wypatrzyli ją twórcy stacji BBC, obsadzając jako Marię Bołkońską w nowej, serialowej adaptacji "Wojny i pokoju" Tołstoja (2016). Jej nieduża rola zrobiła takie wrażenie na Tomie Hardym, że zaproponował jej występ w opartym na własnym pomyśle i scenariuszu serialu "Tabu", w którym pojawiał się też w głównej roli.
"Bestia" czy "Dzika róża"?
Serial "Tabu" pokazywał mroczną stronę XIX-wiecznego Londynu - korupcję polityczną i biznesową, gangi oraz nędzę klasy robotniczej. Buckley, wtedy 25-latka, wcieliła się w żonę ojca głównego bohatera, która zostawszy wdową, trafia wprost w ramiona syna. Hardy był zachwycony jej talentem. Krytycy także.
Ale pełnię swoich możliwości pokazała już w głównych rolach, w dwóch kolejnych, kompletnie odmiennych filmach: w thrillerze "Bestia", gdzie pod postacią słodkiej, pogubionej dziewczyny skryła mroczną stronę i w dramacie muzycznym "Dzika róża" Toma Harpera. W tym drugim zagrała rolę utalentowanej dziewczyny, która po opuszczeniu zakładu karnego ma nadzieję zostać sławną piosenkarką country. Na drodze do kariery stają jej codzienne obowiązki i opieka nad dziećmi.
Jej kreacja chwyta za gardło i zostaje w nas na długo. Udało się jej przekazać zarówno żywiołową pewność siebie bohaterki, jak i kompletne pogubienie. Za rolę otrzymała pierwszą swoją nominację do BAFTA - brytyjskich Oscarów.
Kolejną arcyważną rolę zagrała w "Głosach kobiet" Sarah Polley. To adaptacja powieści zainspirowanej wydarzeniami w społeczności mennonickiej w Boliwii. Kobiety przez lata były tam odurzane i gwałcone podczas snu. Film koncentruje się na ich rozmowach, gdy odkryły prawdę, przefiltrowanych przez głos mężczyzny, któremu ufały – sporządzającemu protokoły z ich spotkań. One same były analfabetkami.
To po tym filmie Maggie Gyllenhaal zaproponowała jej rolę młodszej wersji Olivii Colman w znakomitym filmie "Córka". Colman sama miała jej podsunąć ten pomysł. Trafiła w dziesiątkę.
Nowa Colman czy irlandzka Meryl Streep? Buckley!
Nakręcona w 2021 roku "Córka" - reżyserski debiut gwiazdy "Mrocznego rycerza" - to adaptacja niepokojącej powieści Eleny Ferrante. Film wydaje się jeszcze lepszy od oryginału, w sporej mierze za sprawą aktorek - Colman i Buckley.
"Córka" opowiada historię profesor literatury angielskiej, Ledy, która podczas greckich wakacji wraca do lat młodości i okresu dzieciństwa swoich córek. Buckley - jako młoda Leda - pojawia się tu w retrospekcjach, w trudnych, niejednoznacznych scenach zmagań bohaterki z macierzyństwem. To intymne i bezkompromisowe spojrzenie na wyzwanie bycia matką. Film krytykuje patriarchat, ale robi to bez agresji, otaczając czułością i zrozumieniem swoje bohaterki. Trzeba jednak wielkiej odwagi, by dzielić postać z gigantką, jaką jest Colman, nawet jeśli ona sama zaprosiła cię do współpracy.
"Córka" przyniosła obu aktorkom nominacje do Oscara - Buckley tę pierwszą. Brytyjska prasa pisała o "godnej następczyni Colman", ale także o "irlandzkiej Meryl Streep". Z tą drugą łączy Jessie talent muzyczny. Obie mają doskonały słuch i genialnie naśladują obce akcenty. W wieku 36 lat Buckley opanowała ich niemal tyle co Meryl. Królewską angielszczyzną posługiwała się jako asystentka Renee Zellweger w "Judy", w "Głosach kobiet" używała "panamerykańskiego akcentu z tonacją opadającą", a we wspomnianej "Dzikiej róży" - akcentu typowego dla Szkotów z Glasgow. Z kolei w "Córce" obie z Colman mówiły "angielszczyzną studentów Oksfordu".
Prócz oscarowej nominacji z filmowego planu Jessie wyniosła coś jeszcze: przyjaźń z Olivią Colman, którą nazywa "przyjaciółką od pierwszego słowa i na całe życie". Colman wyznała kiedyś, że rozpoznaje "coś z dawnej siebie w Jessie". Film, nominowany także do Oscara w kategorii scenariusz adaptowany, potwierdził to.
Sukces "Córki" sprawił, że Jessie Buckley zainteresowało się Hollywood. Na początek jego niezależni twórcy, jak choćby Frances McDormand, zdobywczyni trzech aktorskich Oscarów. To ona zwróciła uwagę Zhao na Buckley, z którą pracowała przy "Głosach kobiet" jako producentka. Gdy trwały zdjęcia do "Hamneta", Gyllenhall negocjowała z Warner Bros. duży budżet na realizację opowieści o narzeczonej Frankesteina. I uparła się, że tylko Jessie Buckley może ją zagrać.
W życiu jak w sztuce
Przeforsowanie mało znanej za oceanem aktorki do roli u boku gwiazdora Christiana Bale'a nie było łatwe. Gyllenhaal postawiła jednak na swoim. - Bez niej tego filmu nie nakręcę i już - oświadczyła.
Jessie Buckley żartuje, że pozostaje nieznana, bo nie używa mediów społecznościowych i za nic w świecie się do nich nie przekona. Zwłaszcza teraz, gdy od ośmiu miesięcy jest szczęśliwą mamą, nie zamierza dzielić się prywatnym życiem. Przeciwnie - zamierza je chronić. Przyznaje też, że to rola w "Hamnecie" skłoniła ją do rodzicielstwa. Postać kobiety, która straciła dziecko, "poruszyła w niej głęboką potrzebę posiadania własnego". Mówi, że sama jest zaskoczona, do jakiego stopnia zawód, jaki uprawia, ma wpływ na jej prywatne życie.
Film "Panna młoda!" z kolejną, brawurową kreacją Buckley, która przyćmiła Bale'a, właśnie trafił do kin. Nie doczekał się równie emocjonalnych recenzji jak "Hamnet", ale łączy go z nim podziw dla talentu Irlandki. To prowokacyjna opowieść, osadzona w latach 30. XX wieku w Chicago, o towarzyszce Frankensteina, stworzonej na jego prośbę.
Przed urodzeniem dziecka Jessie zdążyła jeszcze nagrać album z Bernardem Butlerem "For All Our Days That Tear the Heart", który odniósł spory sukces. Niemal zupełnie za to nie uczestniczyła w kampanii oscarowej, bo była tuż po porodzie. Nadal całkowicie pochłania ją opieka nad dzieckiem. Mówi, że sama przyznałaby Oscara Rose Byrne, za wspaniałą rolę w filmie "Kopnęłabym cię, gdybym mogła".
Tuż przed galą dziennikarz "The Guardian" zapytał ją, czy będzie rozczarowana, jeśli nie dostanie statuetki. W odpowiedzi wybuchnęła śmiechem.
- Jak każdy z nominowanych - trochę na pewno. Ale najważniejsze dzieje się 'między ustami a brzegiem pucharu'. Oczekiwanie, nadzieja, czasem strach... Moi rodzice zawsze mówią, żebyśmy się nigdy niczego nie bali, bo nawet jeśli stoisz na skraju klifu, to przynajmniej czegoś doświadczasz.
Ale to nie był ten przypadek z opowieści rodziców. Nie istniało ryzyko niebezpieczeństwa, co najwyżej przegrana. Zamiast niej pojawiła się upragniona nagroda. A wraz z nią wielki prestiż.
Odbierając ją, wygłosiła najpiękniejsze przemówienie tegorocznej, oscarowej gali. Mówiła o odpowiedzialności za to, kim staną się nasze dziec,i gdy dorosną, a Oscara zadedykowała "chaosowi, jakim jest macierzyństwo". Przyznała też, że rola w "Hamnecie" pomogła jej lepiej je zrozumieć.
Redagowała Katarzyna Guzik , AM
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: JILL CONNELLY/EPA/PAP