"Powiedziała rywalkom 'szach-mat'". Amy Madigan z Oscarem za rolę drugoplanową w "Zniknięciach"
Wśród wielu rekordów, jakie pobiły tegoroczne Oscary (choćby 16 nominacji dla "Grzeszników"), ona ma na koncie najdłuższą, bo 40-letnią przerwę między dwiema nominacjami dla aktorki. Poprzednią otrzymała w 1986 roku za błyskotliwą kreację w filmie "Dwa razy w życiu" Buda Yorkina. Przyćmiła wtedy drugoplanową rolą wielkiego Gene'a Hackmana na pierwszym planie, o co naprawdę niełatwo. Wówczas pokonała ją jednak Angelica Houston kreacją w głośnym "Honorze Prizzich".
Tym razem od początku była faworytką, a zdobyte już wyróżnienia za drugoplanową rolę w "Zniknięciach" Zacha Creggera - zwłaszcza statuetka Actor Awards - przypieczętowały ten status.
Ciotka Gladys, czyli rola życia?
Miniony rok okazał się wyjątkowo łaskawy dla horrorów. Kino tego gatunku nigdy wcześniej nie cieszyło się uznaniem Akademii. Nawet uważany za najwybitniejszego reżysera w historii kina Alfred Hitchcock nigdy nie otrzymał Oscara za reżyserię. Dopiero wiele dekad później akademicy odważyli się nagrodzić najważniejszymi Oscarami "Milczenie owiec" Jonathana Demme'a.
O tym, jak bardzo zmienił się ich stosunek do pogardzanego niegdyś gatunku, świadczył już choćby rekord 16 nominacji dla nietypowego horroru Ryana Cooglera "Grzesznicy". Walczący od początku o główne Oscary z dramatem satyrycznym Paula Thomasa Andersona "Jedna bitwa po drugiej", film skutecznie przyćmił inny obraz tego gatunku – niemal równie fascynujące "Zniknięcia" Zacha Creggera. Ostatecznie zbierający znakomite recenzje tytuł wylądował tylko z jedną nominacja do Oscara - właśnie dla Amy Madigan, za wybitną, drugoplanową kreację ciotki Gladys. Szkoda, bo "Zniknięcia" (oryginalny tytuł "Weapons", czyli "Broń"), to również obraz szalenie ciekawy - nie tylko horror, ale także mroczna quasi-baśń spod znaku braci Grimm i przekonujący komediodramat.
O roli Madigan już można z całą odpowiedzialnością powiedzieć, że zapisała się w historii kina, fundując aktorce pokaźne grono żarliwych fanów. W wieku 75 lat! Śmieje się, że nigdy dotąd nie była tak popularna. Mało tego - jak grzyby po deszczu powstają za oceanem kolejne fankluby Gladys. Wystarczy dodać, że na ubiegłoroczne Halloween najpopularniejszym kostiumem był ten "à la ciotka Gladys".
O filmie "Zniknięcia" trudno pisać bez spoilerów. Przed lekturą odsyłamy więc na seans, na platformę HBO Max, gdzie od miesięcy przyciąga on grono "wyznawców". Oto cała klasa dzieci z miejscowej podstawówki – z wyjątkiem jednego chłopca – znika w dziwacznych okolicznościach. Pewnej nocy, o tej samej godzinie, maluchy z wyciągniętymi rękami wybiegają w noc i po prostu znikają. Nikt nie wie gdzie ani dlaczego. Nie wiadomo też, kto sprawił, że przepadły. Policyjne śledztwo niczego nie wyjaśnia, a podejrzenie pada na Bogu ducha winną nauczycielkę (Julia Garner). Reżyser i scenarzysta wybiera sobie kilku bohaterów i pokazuje, jak to zdarzenie odbiło się na ich życiu. W cieniu śledztwa pojawia się tajemnicza i ekscentryczna ciotka Gladys (Amy Madigan). Ale o tym, jaką rolę odegrała w tej historii, dowiadujemy się dopiero w finale.
Ciotka Gladys momentalnie spycha na plan dalszy wszystkich bohaterów. Madigan dosłownie zawłaszcza ekran. Z dziecięca grzywką, czerwonymi włosami i ubraniem kojarzącym się z balem karnawałowym, jaskrawym makijażem, jest tak dziwaczna, na jaką wygląda. Para się okultyzmem i wiele wskazuje na to, że jest czarownicą. Jej tożsamość stała się tematem gorących dyskusji i tysięcy interpretacji. Osobliwa swoboda, którą emanuje, jest prawdopodobnie jednym z powodów, dla których zyskała miłość publiczności. Bo ciotka Gladys - szalona i nawiedzona, obdarzona jest... "specyficzną radością życia". I nie przejmuje się tym, co myślą o niej inni.
Zach Cregger, scenarzysta i reżyser filmu w jednej osobie, zaproponował Madigan rolę po krótkim spotkaniu na lunchu. Prostota tego procesu zaskoczyła ją, bo sądziła, że już wszyscy o niej zapomnieli. Szybko jednak sama odkryła, że była idealną aktorką do roli Gladys.
Film Creggera zarobił 270 milionów dolarów na całym świecie przy budżecie 38 milionów dolarów. Ciotka Gladys stała się ikoną horroru i jest powszechnie uznawana za "tajną broń" filmu. Madigan świadomie nie brała udziału w promocjach przedpremierowych, biorąc pod uwagę to, jak ważną rolę odgrywa w zagadce.
Wielowarstwowość horroru Creggera i jego interpretacja (w zamierzeniu twórcy miał być opowieścią o tym, jak dorośli wykorzystują dzieci dla własnych potrzeb) zasługują na osobny tekst. To jednak Amy Madigan okazała się jego gwiazdą, więc skupmy się na niej.
Filozofka ze szkoły Lee Strasberga
Amy Marie Madigan urodziła się 11 września 1950 roku w Chicago, jako córka aktorki amatorki i znanego dziennikarza politycznego "Newsweeka" Johna Madigana. Rodzina ma irlandzkie korzenie.
Choć w szkole średniej Madigan występowała w wielu przedstawieniach, nie myślała na serio o aktorstwie. Skończyła z wyróżnieniem filozofię na uniwersytecie w Milwaukee, a wkrótce przeniosła się do Los Angeles. I to w Mieście Aniołów zdecydowała się na naukę aktorstwa w słynnej szkole Lee Strasberga. Jednocześnie zaczęła robić obiecującą karierę muzyczną, którą z czasem porzuciła.
Jej pierwszą rolą telewizyjną była postać Adele w znanym serialu "Hart to Hart" w 1981 roku. W kinie debiutowała filmem "Dziecko miłości" Larry'ego Peerce'a. Opowiadał prawdziwą historię Terry Jean Moore, dziewczyny, która trafiła do więzienia z powodu błahego przestępstwa. Sędzia wymierzył jej niewspółmiernie wysoki wyrok. W więzieniu poznała strażnika, z którym miała romans. Kiedy zaszła w ciążę, zerwał z nią. Terry rozpoczęła samotną walkę o prawa do wychowywania dziecka.
Amy została dostrzeżona, a oprócz świetnych recenzji, otrzymała nominację do Złotego Globu w kategorii Nowa Gwiazda Roku. W 1984 roku pojawiła się drugoplanowej roli w głośnych "Miejscach w sercu" Roberta Bentona. Ważny dla jej kariery był jednak rok 1985, gdy zagrała we wspomnianym już filmie "Dwa razy w życiu". Była tam kruchą córką Gene'a Hackmana, która przeżywa romans ojca i jest z nim w konflikcie. Wypadła tak przejmująco, że otrzymała swoją pierwszą nominację do Oscara. Mówi, że wtedy "sezon nagród był krótszy i przyjemniejszy". Nie było wielkich kampanii promocyjnych.
- Nikt nie dobijał się do mnie, by koniecznie zrobić wywiad, "bo mam szansę na Oscara" - wspomina. - Nie było mediów społecznościowych, które śledziłyby każdy twój ruch. Pamiętam też, że poszłam do sieciówki, kupiłam sukienkę i powiedziałam: "Mam nadzieję, że jest wystarczająco elegancka na Oscary. Gdybym dziś pojawiła się w podobnej, rozstrzelaliby mnie po gali - śmieje się.
"Trudna, wahająca się kariera"
O dziwo, choć stała się znana, sama nominacja nie zmieniła wiele w jej karierze. Nie było wtedy nagłego wybuchu zainteresowania reżyserów. Owszem, grała sporo, ale były to zwykle role drugoplanowe.
Swoją drogę aktorską określa mianem "trudnej i wahającej się". Mówi, że wygląd "zwykłej dziewczyny z sąsiedztwa", która nie wyróżnia się z tłumu, nie ułatwiał kariery w tym zawodzie. Przyznaje, że marzyła, jak wszyscy aktorzy, o wyrazistych, nietuzinkowych rolach, które pozwoliłyby jej rozwinąć skrzydła. Takiej jak właśnie postać ciotki Gladys.
Mimo uczucia niedosytu ma na koncie sporo interesujących ról. Ciekawą kreację stworzyła w nominowanym do Oscara filmie "Pole marzeń" Phila Robinsona, gdzie była prostą kobietą, która nie rozumie pragnień i marzeń swojego skomplikowanego męża (Kevin Costner). W 1997 roku została nominowana do nagrody Independent Spirit Award (znów za rolę drugoplanową) w filmie "Loved". Tu była starszą siostrą bohaterki granej przez Robin Wright. Próbowała ją przekonać, by w sądzie zeznawała przeciw znęcającemu się nad nią mężowi.
W 2007 roku - w wyrazistej, choć małej roli - pojawiła się w świetnym debiucie reżyserskim Bena Afflecka "Gdzie jesteś, Amando?". Przez dwa lata grała także w uznanym serialu kostiumowym "Carnivale", którego akcja dzieje się podczas Wielkiego Kryzysu.
Jednocześnie od początku grała dużo i z sukcesami w teatrze. Począwszy od 1987 roku na Off-Broadwayu, wcielając się choćby w Sue Jack Tiller w sztuce "The Lucky Spot", za którą otrzymała Theatre World Award. Potem występowała już na scenach broadwayowskich i robi to nadal.
Taka miłość się nie zdarza
W 1983 roku, czyli na początku kariery, poznała i poślubiła znakomitego aktora Eda Harrisa. Mają jedną córkę, Lily Dolores Harris, która poszła w ślady rodziców. Możemy ją oglądać w serialu "Chicago Med.". Harris był czterokrotnie nominowany do Oscara, ale nigdy statuetka nie trafiła w jego ręce. Czy w małżeństwie dwojga aktorów panuje duch rywalizacji?
- Zupełnie nie - mówi szczerze. Podkreśla, że ponieważ wielokrotnie pracowali razem, zawsze bardziej od indywidualnych sukcesów liczył się sukces całości projektu. Tak było choćby w świetnym filmie "Pollock", który Harris wyreżyserował, oprócz tego wcielając się w wybitnego malarza. Amy zagrała w nim Peggy Guggenheim – amerykańską kolekcjonerkę i propagatorkę sztuki XX-wiecznej, która poznała się na jego talencie. On za swoją rolę otrzymał kolejną nominację do Oscara.
Uwielbiają wspólnie pracować. - Kiedy pracuje się razem, jest tak wiele wspólnych tematów, tak wiele niewypowiedzianych myśli i emocji, które wkładamy w pracę, że to naprawdę jeszcze nas do siebie zbliża - podkreśla Amy.
Na tle hollywoodzkich małżeństw, z których większość trwa krótko, są rzadkością. Zakochali się w sobie niemal natychmiast - na planie "Miejsc w sercu". Niebawem będą świętować 43. rocznicę ślubu. - Małżeństwo stało się nieuniknione, gdy Amy skrytykowała mój występ w sztuce Sama Sheparda, a ja zrozumiałem, że jej słucham, nie przyjmując postawy obronnej – powiedział magazynowi "Life" Harris.
Amy podkreśla, że Ed jako aktor jest w lepszej sytuacji. Zawsze grał dużo. - Dla mężczyzn powyżej 50. roku życia jest sporo ról. My mamy trudniej - opowiadała. Przyznaje też, że przez ostatnie 10 lat jej kariera opierała się na "racjach minimalnych" - z coraz mniejszymi rolami w małych filmach. Dlatego "Zniknięcia" nazywa "darem niebios", choć nie wierzy, że teraz spadnie na nią grad propozycji.
- Przyjaciele mówią: "Och, scenariusze pewnie lądują w twojej skrzynce pocztowej". A ja odpowiadam: "Nie. Ale jestem bardziej na radarze". To tak, jakby Gladys się pojawiła, zrobiła wrażenie i przypomniała światu, że wciąż tu jest i czeka na ciekawe role - wyznała w rozmowie z "Vanity Fair".
Ed Harris od początku był przekonany, że złota statuetka trafi w jej ręce. - Jako ciotka Gladys powiedziała rywalkom "szach-mat". Były zupełnie bez szans - podkreślał. Jak wiemy, miał rację.
Redagowała Katarzyna Guzik, AM
Źródło: tvn24.pl
Źródło zdjęcia głównego: PAP