"Święta Barbaro, miej ich w opiece". Polacy i Czesi zapalają znicze przy kopalni w Karwinie

[object Object]
Polskie i czeskie rodziny straciły bliskich w katastrofie górniczej w Karwinietvn24
wideo 2/21

Polacy i Czesi zapalają w środę znicze i modlą się przed kopalnią CSM w czeskiej Karwinie nieopodal granicy z Polską. To nie tylko bliscy ofiar czwartkowej katastrofy, ale także ludzie związani z górnictwem.

Do wybuchu metanu w kopalni CSM we wsi Stonawa w powiecie Karwina doszło w czwartek 20 grudnia o godz. 17.16. Tragedia doprowadziła do śmierci 13 górników, w tym 12 Polaków. Zwłoki jednej z ofiar zostały wydobyte na powierzchnię jeszcze tego samego dnia. Trzy ciała zostały odnalezione w niedzielę 23 grudnia, zwłoki dziewięciu górników nadal znajdują się pod ziemią.

Obrażeń doznało 10 górników. W szpitalu w Ostrawie przebywa jeszcze dwóch z nich. Obaj są Polakami.

CZYTAJ, CO WIEMY DO TEJ PORY O WYBUCHU W CZESKIEJ KOPALNI >

Znicze, świąteczne stroiki i biały miś

"Święta Barbaro, miej ich w opiece" – głosi transparent rozłożony przez kibiców jednego ze śląskich klubów piłkarskich przed wejściem do kopalni. Obok, pod ścianą z żółtą mozaiką przedstawiającą górnika wyciągającego ręce do dziecka, płoną setki zniczy. Są też stroiki bożonarodzeniowe, a nawet biały miś. - Mój mąż pracuje w tej kopalni. W dniu katastrofy był na rannej zmianie, miał szczęście, że nie na popołudniowej – powiedziała pani Eva z Karwiny. Do kopalni przyjechała z synem. - Czech, który zginął razem z Polakami, to dobry kolega męża. Pozostawił dwoje małych dzieci – dodała. Przed kopalnią stała też w środę siedmioosobowa rodzina jednego z polskich górników, który zginął w katastrofie. Przed odejściem uklękli do modlitwy na mokrym asfalcie. Nie chcieli rozmawiać.

Tragedia nie tylko dla rodzin ofiar górników

- To wielka tragedia. Nie pomożemy, ale cóż, tyle możemy zrobić – powiedziała Radka z czeskiego Cieszyna zapalając znicz. Jej nieżyjący ojciec też był górnikiem.

Roman Vojar przyjechał do Karwina z żoną Moniką i 10-letnim synem Robinem. - Serce mi kazało. Mój dziadek i ojciec byli górnikami, ja też pracowałem na dole. Wyrastałem w tym i wiem, jak to jest. Nieszczęście chodzi wokół człowieka - powiedział.

Pytany o to, czemu zabrał syna, odpowiedział: "Powinien wiedzieć. Nie chcę, żeby pracował w kopalni, za nic". Pracownica ochrony kopalni mówi, że zarówno w pierwszy, jak i drugi dzień świąt Bożego Narodzenia co chwila przyjeżdżają i Polacy, i Czesi. Podkreślała, że nie usuwają pozostawionych zniczy. - Co ludzie przynieśli, to tutaj jest – zapewniła.

Autor: akr//rzw / Źródło: PAP

Raporty:
Pozostałe wiadomości