To był pierwszy zryw przeciwko komunistycznym władzom. 28 czerwca 1956 roku o godz. 6.30 w Zakładach im. Józefa Stalina Poznań (ZISPO) zawyły syreny. Robotnicy wyszli na ulice z transparentami "Żądamy chleba" domagając się poprawy warunków bytowych. Do pochodu dołączyli robotnicy z innych poznańskich zakładów.
Dyrektor w jasnym ubraniu w zajezdni na Gajowej wstrzymał wychodzących tramwajarzy. Ci wsadzili go do kanału i wylali na niego beczkę zużytej oliwy. Poszliśmy razem do ul. Kraszewskiego, gdzie w okolicach Zakładów Odzieżowych Komuny Paryskiej robotnice krzyczały, że je pozamykano i nie mogą wyjść. Rozwścieczyło to jeszcze tłum, który skandował: "My chcemy chleba", "My chcemy wolności", "My chcemy religii". Wyważono bramę zakładów i wtedy pootwierano też wszystkie hale i robotnice poszły z nami. Złapano sekretarza partii tych zakładów i jeden z młodzieńców włożył mu kosz z papierami na głowę.Stanisław Matyja, przywódca robotniczych wystąpień Poznańskiego Czerwca 1956 r.
- Zarabialiśmy grosze, a pracowaliśmy po 12 czy 20 godzin, by wykonać ten plan sześcioletni - wspominał Franciszek Brzóska, ówczesny pracownik Zakładów im. Józefa Stalina Poznań i uczestnik poznańskiego Czerwca 1956 r.
Nikt wtedy jeszcze nie wiedział, jak bezlitosna okaże się władza ludowa i jak krwawy to będzie dzień.
Szynki z komitetu
Manifestanci dotarli na plac Stalina (dziś pl. Mickiewicza) i ulicę Czerwonej Armii. Stanęli przed Zamkiem i budynkiem Komitetu Wojewódzkiego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Żądali, by ktoś z rządzących wyszedł do nich i na miejsce przyjechał premier Józef Cyrankiewicz lub pierwszy sekretarz KC PZPR Edward Ochab.
Na próżno. Około godz. 10 grupa ludzi wpadła do KW. "Po chwili otworzyły się okna i wołano: "Patrzcie, jak oni tu żyją!". Pokazywano zastawy i potrawy, szynki, wódkę i inne przysmaki. Ludzi to podnieciło, bo walczyli o chleb, o sprawiedliwe normy, o ludzkie traktowanie, a tu władza niby ludowa używa sobie wszystkiego" - opisywał Matyja.
Do Zamku w trakcie dnia dotarł Edward Gierek, wówczas sekretarz Komitetu Centralnego ds. ekonomicznych, który wcześniej uspokoił nastroje na Śląsku. Takie same zadanie miał w Poznaniu. Dotarł do Zamku, do którego później weszli demonstranci. Obawiajac się linczu, recepcjonistka ukryła go w szafie pancernej.
Gierek był tą szafą bardzo zawstydzony. On, późniejszy szef partii, musiał się chować do szafy! Prosił mnie, by o tym nie pisać.Janusz Rolicki, autor książki "Przerwana dekada", wywiadzie-rzece z Edwardem Gierkiem w rozmowie z Piotrem Bojarskim z Gazety Wyborczej (2012 r.)
W tłumie zebranym na placu Stalina ktoś rozpuścił plotkę o aresztowaniu delegacji ZISPO. Manifestanci postanowili ich uwolnić. "Idziemy na Młyńską!" – krzyczano, wskazując adres aresztu. Uwolniono stamtąd 257 więźniów.
Druga grupa ruszyła na ul. Kochanowskiego przed siedzibę Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego. Po drodze grupa manifestujących wdarła się do siedziby ZUS przy narożniku ulic Mickiewicza i Dąbrowskiego.
- Wiedzieliśmy, że w tym budynku znajdują się urządzenia zagłuszające. Z ciekawości weszliśmy. Byłem w tych pomieszczeniach, gdzie były urządzenia zagłuszające na ostatnim piętrze - wspominał Jerzy Ziółkowski, wtedy 17-letni pracownik Zakładów Produkcji Pomocniczej Łączności w Poznaniu. Zrzucona aparatura wylądowała na bruku ulicy Dąbrowskiego.
Z benzyną na ubeków i czołgi
Tłum zgromadził się przed gmachem UB. - Wyrywaliśmy kostkę brukową i rzucaliśmy do okien - opowiadał Brzóska. Potem w ruch poszły butelki z benzyną. Ubecy otworzyli ogień. Najpierw padły strzały ostrzegawcze, potem w kierunku ludzi.
Potem na ulicę Dąbrowskiego od strony Rynku Jeżyckiego wjechały pierwsze czołgi, w których kierunku od razu poleciały butelki z benzyną.
Kilka czołgów protestującym udało się przejąć. Jeden z nich dojechał pod budynek UB. Tłum czekał, aż zacznie strzelać w kierunku urzędu. Czołgi nie były jednak uzbrojone. Strzelano jedynie z karabinów.
Żołnierze nie mieli świadomości co się dzieje w Poznaniu. Część z nich, gdy zorientowała się w sytuacji, stanęła po stronie manifestantów.
W bazie bieganina, chaos, panika. Komunikaty, jakoby hitlerowscy rewizjoniści zaatakowali i zajęli Poznań, że strzelają do Polaków i trzeba za wszelką cenę ratować miasto. Jacy, cholera, rewizjoniści? Dziesięć lat po wojnie? W dodatku w Poznaniu?relacja Władysława Dębskiego z reportażu jego syna Rafała Dębskiego, "Czołgiem w Poznaniu"
Kula przebiła serce 13-letniego Romka
Pierwsi ranni trafili do szpitala już po godz. 10.
Rannych kładziono początkowo na noszach, później, gdy noszy zabrakło, wprost na posadzce przed salą operacyjną. (…) Mimo tempa pracy i maksymalnego wysiłku z naszej strony kilku chorych w roboczych kombinezonach, w wieku 20-30 lat, zmarło jeszcze przed udzieleniem pomocy.dr Henryk Karoń
Aleksandra Banasiak pracowała jako sanitariuszka w szpitalu Raszei, gdzie także mieszkała. Miała dzień wolnego, w związku z odwiedzinami rodziny. - Natychmiast przebrała się w strój pielęgniarski, czepek i na dół. Zaczęła biegać do rannych. Zaczęły się dramatyczne zdarzenia. Nadjechał czołg, stanął naprzeciwko szpitala i leciały z niego kule. Trzeba było uważać. A ona biegała tam, gdzie padały strzały i brała rannych z pomocą powstańców do szpitala. Myśmy z ojcem drżeli, że ta wariatka znowu leci tam gdzie kule lecą - wspominała jej siostra Laura Paluszkiewicz.
Wśród ofiar był chłopiec, 13-letni Romek Strzałkowski. Zginął jako jeden z pierwszych, na ul. Kochanowskiego. Kula przebiła mu serce. Okoliczności jego śmierci nie udało się ustalić do dziś.
13-letni uczeń szkoły muzycznej 28 czerwca wyszedł rano z domu, żeby kupić kilka plasterków szynki na śniadanie. Po zakupy wysłała go matka. Około godz. 16 ktoś wezwał pomoc "do rannego", który miał znajdować się w garażach przy ul. Krasińskiego. Pielęgniarki odnalazły ciało Romka siedzące na krześle i oparte o kij od szczotki. Chłopiec ubrany był w szarą koszulę z perłowymi guzikami. Jedna z pielęgniarek dostrzegła na lewej piersi ofiary, w okolicy serca plamy krwi i ślady po kuli.
Rodziny do kostnicy prowadziła m.in. Aleksandra Banasiak. - Pani Strzałkowska chciała leżeć koło swojego syna. Krzyczała, rzucała się. Musieliśmy dać jej środki uspokajające - wspominała.
W kostnicy pani Strzałkowska spędziła całą noc. Leżała przy zmarłym synu na kocu.
Do godz. 20 Aleksandra Banasiak pomagała poszkodowanym na ulicach Mickiewicza, Poznańskiej i Kochanowskiego. Opatrywała zarówno manifestantów, jak i funkcjonariuszy UB. - Było dwóch lekarzy. Jak wchodziliśmy, były straszne gwizdy i krzyki. "Jak wy możecie tam iść, przecież to nasi wrogowie!" - krzyczano. Lekarze mówili, że "takie jest nasze posłannictwo" - wspominała Banasiak.
W budynku było kilku zabitych i rannych. - Na końcu lekarze zapytali oficera UB, jak to wszystko się zaczęło. Powiedział, że najpierw manifestanci ruszyli na nich z kamieniami, później butelkami z benzyną. Wtedy wzięli hydranty z wodą i rozganiali towarzystwo. Gdy zobaczyli, że jest kulana beczka z benzyną, to - by nie dopuścić do podpalenia Urzędu Bezpieczeństwa - użyli broni - mówiła.
To się przydało podczas procesu. Śledztwo prowadzono bowiem tak, by udowodnić, że to manifestanci pierwsi sięgnęli po broń. - Mecenas Hejmowski powołał nas na świadków i zeznawaliśmy, że to UB-owcy pierwsi strzelali - mówiła.
W kolejnych godzinach walki przeniosły się na całe miasto i poza nie. Rozbrojono komisariaty i posterunki Milicji Obywatelskiej. Wieczorem powstańcy m.in. wypuścili na wolność więźniów obozu w Mrowinie.
Zagraniczni goście uciekali w popłochu
Manifestanci wdarli się na tereny targowe, gdzie trwały XXV Międzynarodowe Targi Poznańskie. W ten sposób o protestach poznańskich robotników dowiedział się cały świat.
Część zagranicznych gości utrwalała wydarzenia kamerami, by potem sprzedać nagrania w Berlinie. Wśród nich byli zagraniczni dziennikarze.
"Berliner Morgenpost" pisał: "Dzisiaj uśmiech Chruszczowa zawiedzie, uśmiech, którym obdarza on zachodni świat od czasu zainicjowania antystalinizmu… Świat zachodni, który pod wpływem tego uśmiechu zaczynał mięknąć, nie może przeoczyć tego sygnału z Polski".
58 ofiar śmiertelnych, kilkuset rannych
O godz. 21 wprowadzono w Poznaniu godzinę milicyjną, która obowiązywała do godz. 4 rano. Mimo to walki w kilku miejscach Poznania nie ustały. Po godz. 1:30 rozpoczęto intensywne aresztowania. Ludzi zatrzymywano m.in. na podstawie zdjęć zrobionych z ukrycia przez UB.
29 czerwca do godz. 17 wojsko likwidowało ostatnie punkty oporu w całym mieście. W większości zakładów w Poznaniu nie podjęto pracy. O 19.30 w radiu przemówienie wygłosił premier Józef Cyrankiewicz.
"Każdy prowokator czy szaleniec, który odważy się podnieść rękę przeciw władzy ludowej, niech będzie pewny, że mu tę rękę władza ludowa odrąbie w interesie klasy robotniczej, w interesie chłopstwa pracującego i inteligencji, w interesie walki o podwyższenie stopy życiowej ludności, w interesie dalszej demokratyzacji naszego życia, w interesie naszej ojczyzny" - grzmiał.
Walki ustały 29 czerwca wieczorem, choć pojedyncze strzały padały jeszcze następnego dnia.
W wyniku dwudniowych starć na ulicach miasta - według badań IPN - co najmniej 58 osób zginęło (w tym kilku żołnierzy i funkcjonariuszy służb bezpieczeństwa), a kilkaset zostało rannych (wśród nich pacyfikujący demonstrację i ranni w wyniku ostrzału budynków służby bezpieczeństwa przez robotników). Około 700 osób aresztowano.
Zdaniem historyków Poznański Czerwiec doprowadził do zmian politycznych w Polsce w październiku 1956 r. Przywódcą PZPR został wówczas Władysław Gomułka, z więzień wypuszczono więźniów politycznych czekających na procesy.
Oficjalna zmiana interpretacji Poznańskiego Czerwca nastąpiła dopiero po przemówieniu Władysława Gomułki na VIII Plenum KC PZPR (21 października 1956 r.).
"Wielką naiwnością polityczną była nieudolna próba przedstawienia bolesnej tragedii poznańskiej jako dzieła agentów imperialistycznych i prowokatorów. Agenci i prowokatorzy zawsze i wszędzie mogą być i działać. Ale nigdy i nigdzie nie mogą decydować o postawie klasy robotniczej. (…) Przyczyny tragedii poznańskiej i głębokiego niezadowolenia całej klasy robotniczej tkwią u nas w kierownictwie partii, w rządzie. Materiał palny zbierał się całe lata. Sześcioletni plan gospodarczy, reklamowany w przeszłości z wielkim rozmachem, jako nowy etap wysokiego wzrostu stopy życiowej, zawiódł nadzieje szerokich mas pracujących. Żonglerka cyframi, która wykazała 27-procentową zwyżkę płac realnych w sześciolatce, nie udała się. Rozdrażniła tylko bardziej ludzi. Trzeba było wycofać się z pozycji zajętej przez kiepskich statystyków" - mówił Gomułka na VIII Plenum KC PZPR (21 października 1956 r.).
Wspomnienia uczestników wydarzeń Poznańskiego Czerwca 1956 r. pochodzą z książek "Poznański Czerwiec 1956", pod red. J. Maciejewskiego i Z. Trojanowiczowej (Wydawnictwo Poznańskie, 1981), "W mieście gniewu. Antologia literatury o Poznańskim Czerwcu '56" (Wydawnictwo Miejskie Posnania, 2026) oraz ze strony czerwiec56.ipn.gov.pl