Przed Sądem Okręgowym w Poznaniu zakończył się proces Zbigniewa G. Mężczyzna jest oskarżony o zabójstwo swojej żony. W piątek usłyszał wyrok.
Sąd stwierdził, że zdolność Zbigniewa G. do rozpoznania czynu była znacznie ograniczona. Uznał, że sprawca nie popełnił przestępstwa i umorzył postępowanie karne. Orzekł środek zabezpieczający w postaci terapii ambulatoryjnej.
"Od pewnego czasu obserwowali zmianę u oskarżonego"
W uzasadnieniu sędzia Robert Grześ zaznaczył, że nie ma wątpliwości, co do tego, kto zabił 58-latkę. Wskazują na to dowody, ustalenia śledczych i wreszcie samo przyznanie się przez oskarżonego. Dlatego jak zaznaczył sędzia - podstawową kwestią w tym procesie było ustalenie motywów działania oskarżonego. Kluczowe były opinie biegłych z zakresu psychiatrii.
To oni, podczas ostatniej rozprawy przedstawili ustnie opinie uzupełniające, w których stwierdzili ostatecznie, że w chwili zdarzenia u oskarżonego zdolność rozpoznania znaczenia czynu była w znacznym stopniu ograniczona. Powodem były "zakłócenia czynności psychicznych". Przez co oskarżony nie był w stanie pokierować swoim postępowaniem.
- Opinia ta jest zbieżna z pozostałym zebranym w sprawie materiałem dowodowym, w szczególności z zeznaniami świadków, którzy już od pewnego czasu obserwowali zmianę zachowania oskarżonego, zmianę jego nastroju psychicznego pogarszającego się w sposób coraz bardziej znaczny. W szczególności przypomnieć trzeba tu zeznania współpracowników oskarżonego z miejsca jego zatrudnienia, a także członków rodziny - wyliczał sędzia i dodał: - Żadnych innych okoliczności, które mogłyby stanowić motyw popełnienia tego czynu nie ustalono.
Sędzia odniósł się również do orzeczonej terapii. - Nie ma groźby popełnienia czynu o znacznym stopniu społecznej szkodliwości przez oskarżonego, zatem będzie wystarczająca tylko terapia ambulatoryjna, która zostanie określona w późniejszym czasie - powiedział.
"Jesteśmy bardzo zadowoleni"
- Nigdy nie mamy pewności. Zawsze to jest kwestia interpretacji twierdzeń biegłych. Natomiast co do zasady byliśmy dobrej myśli - powiedział tuż po wyroku adwokat Bartosz Stachowiak, obrońca Zbigniewa G.
Przyznał, że podczas tego procesu rodzinie towarzyszyły ogromne emocje, ale nie tylko jej.
- Myślę, że dla ludzi, którzy uczestniczyli w tym procesie też. Nam jako obrońcom zależało, żeby wykazać podstawę tego, co spowodowało to zachowanie i chorobę - przypomniał.
- Sąd wnikliwie przeanalizował cały materiał dowodowy w tym również okoliczności, które od początku wskazywała obrona i ten wypadek, który miał wpływ na stan psychiczny, co wskazali biegli. Jesteśmy bardzo zadowoleni - dodała druga obrończyni Natalia Sadowska
Wyrok nie jest prawomocny. Prokuratura zapowiada apelację.
"Wiem, że ojciec jest chory, bo gdyby był zdrowy, niczego takiego by nie zrobił"
Proces w pierwszej instancji ruszył w kwietniu 2025 roku. Wśród świadków przesłuchanych na sali sądowej pojawiły się dzieci oskarżonego.
"Doszło do tragedii w mojej rodzinie. Tata odebrał życie mamie. Ale w naszej rodzinie zawsze było wszystko dobrze. Jeśli chodzi o sytuację rodzinną, to nie mogłem mieć lepszego ojca i matki. Nigdy nie było żadnych problemów rodzinnych, żadnych kłótni, bijatyk. Wzorowi matka i ojciec. Gdybym miał drugi raz się urodzić, to chciałabym mieć takich samych rodziców - taką samą matkę i ojca" - mówił syn C. W tym momencie Zbigniew G. zasłonił twarz ręką i płakał.
Syn oskarżonego wskazywał, że od kolizji samochodowej, w której brał udział jego ojciec, jego zachowanie się zmieniło - był wycofany, przygaszony, małomówny, nieswój. Niedługo przed tragedią powiedział synowi, że ma problemy w pracy, że stoi nad maszyną i nie wie, co ma zrobić. Innego dnia miał mu powiedzieć, że "życie go boli".
"Wiem, że ojciec jest chory, bo gdyby był zdrowy, niczego takiego by nie zrobił" - powiedział. Zapytany przez sąd, czy wybaczył ojcu, odpowiedział: "Nie mam mu czego wybaczać, bo on jest chory. Gdybym nie chciał go widzieć, to nie odwiedzałbym go dwukrotnie w areszcie. I niezależnie od tego, co będzie dalej, i tak będę ojca odwiedzał. A matkę mam w sercu, wiem, że nad nami czuwa" - mówił.
Dodał, że jego rodzice byli parą od czasu, kiedy skończyli 17 lat. "Jeden za drugim by w ogień wpadł" - mówił.
Sąd przesłuchał córkę oskarżonego. Ona również podkreślała, że jej rodzice byli wzorowym małżeństwem, a jej ojciec "całe życie był dobrym, kochanym człowiekiem, nie przejawiał agresji".
Kiedy po przesłuchaniu dzieci oskarżonego sąd zarządził kilka minut przerwy w rozprawie, dzieci podeszły do Zbigniewa G., który wyszedł z sali w asyście policji i przytuliły się do ojca, okazując mu swoje wsparcie.
Powiedział, że żałuje, ale nie potrafił wytłumaczyć
Do zdarzenia doszło w sierpniu 2024 roku. Zwłoki 58-latki znaleziono w mieszkaniu na Osiedlu Stefana Batorego w Poznaniu. Przyczyną śmierci kobiety był ostry krwotok wewnętrzny i zewnętrzny spowodowany licznymi ranami kłutymi szyi, klatki piersiowej i brzucha. W sprawie zatrzymano męża ofiary, 58-letniego wówczas Zbigniewa G. Mężczyzna przyznał się do zabójstwa żony, powiedział, że żałuje tego, co zrobił, ale nie potrafił wytłumaczyć swojego zachowania.
Po zatrzymaniu i decyzji sądu o tymczasowym aresztowaniu podejrzanego trafił on na oddział psychiatryczny w areszcie śledczym. Dla śledczych kluczowa była opinia biegłych psychologów i psychiatrów. Po jej uzyskaniu prokuratura skierowała do sądu akt oskarżenia, w którym zarzuciła Zbigniewowi G., że "działając z zamiarem bezpośredniego pozbawienia życia Małgorzaty G. zadał pokrzywdzonej kilkadziesiąt ciosów nożem (…) przy czym czynu dopuścił się mając ograniczoną w stopniu znacznym zdolność rozpoznania znaczenia czynu i pokierowania swoim postępowaniem".
Oskarżony w sądzie przyznał się do zarzucanego mu czynu. W wyjaśnieniach, odczytanych przez sąd, oskarżony wskazywał, że w 2002 roku miał bardzo poważny wypadek - cudem przeżył, w szpitalu przeszedł trudną operację neurochirurgiczną. Oskarżony wrócił jednak do normalnego życia, normalnie funkcjonował. Jego stan zaczął się jednak pogarszać w kwietniu 2024 roku. Mężczyzna brał wówczas udział w kolizji drogowej.
Mężczyzna przyznał, że za namową żony udał się do lekarza, następnie już ze skierowaniem, na konsultację psychiatryczną. W dniu poprzedzającym tragedię oskarżony był w szpitalu, wraz z żoną i synem. Przeszedł badania. Między małżonkami miało dojść do kłótni. Oskarżony podkreślał, że nie potrzebuje pomocy specjalisty - żona nalegała, by pozwolił, by lekarze mu pomogli. Małżonkowie wrócili do domu. Nad ranem, kiedy się obudzili, miało dość między nimi do kolejnej sprzeczki, wówczas kobieta zginęła.
Oskarżony podkreślił, że żałuje tego, co się stało. Mówił, że nie był sobą, że bardzo kochał żonę.
Opracowała: Aleksandra Arendt-Czekała
Źródło: TVN24, PAP
Źródło zdjęcia głównego: PAP/Paweł Jaskółka