Charakterystyczny blondyn w czerwonym stroju na krótkim, ale dość stromym podbiegu, w ciągu kilkunastu sekund kompletnie odskakuje rywalom. Wyraźnie przyspiesza tempo, a każdy jego krok, coraz bardziej energiczny, to wyrok sportowej śmierci dla pozostałych zawodników. "Odjechał gdzieś tam daleko w Val di Fiemme, (...), na tym podbiegu zniszczył towarzystwo" - emocjonuje się komentujący te zawody na antenie Eurosportu Tomasz Jaroński. Jeszcze parę energicznych pchnięć kijkami, ostatni zjazd i triumfalny wjazd na metę, z rękoma uniesionymi w geście triumfu i szerokim uśmiechem na twarzy.
WIĘCEJ O IGRZYSKACH MEDIOLAN - CORTINA 2026 >>>
Ostatnie kilkadziesiąt metrów to już w wykonaniu nowego mistrza olimpijskiego zabawa z publicznością, wyraźne zwolnienie, niemal ośmieszenie rywali. Przychodzi na myśl jamajski biegacz wszech czasów Usain Bolt, kiedy w Pekinie w 2008 roku w biegu na setkę po kilkudziesięciu metrach miał już taką przewagę, że zaczął swoje słynne show. I niespecjalnie przejmował się czasem, w którym przekroczy końcową linię.
10 lutego Johannes Hoesflot Klaebo namalował jeden z najbardziej charakterystycznych obrazków tych igrzysk. Zwycięstwo Norwega w sprincie to symbol jego dominacji w biegach narciarskich i ukoronowanie statusu być może najwybitniejszego przedstawiciela tej dyscypliny w historii. Ale żeby nie było za pięknie - nie zawsze było tak kolorowo. Jak to się stało, że "z przeciętnego Kowalskiego", jak mówił o nim jeden z jego trenerów z czasów juniorskich, stał się najbardziej utytułowanym zimowym olimpijczykiem w historii?