Zanim świat usłyszał o Adamie Małyszu, skakał on. Wojciech Skupień w pierwszej połowie lat 90. był najlepszym polskim skoczkiem. Gdy jechał na swoje pierwsze igrzyska olimpijskie (Lillehammer 1994), miał 17 lat. Później były jeszcze Nagano (1998) i Salt Lake City (2002).
- To był talent nie z tej ziemi - mówił o nim mistrz olimpijski Wojciech Fortuna.
Co poszło nie tak? Skupień nie ma wątpliwości: alkohol. To nie pierwszy i pewnie nie ostatni skoczek narciarski, który przegrał z pokusami. Fortuna też sobie nie poradził.
Skupień żałuje, ale nie chowa głowy w piasek, tylko przestrzega młodszych kolegów: - Patrzcie i wyciągajcie wnioski. Gdyby nie wódka, osiągnąłbym więcej i odłożyłbym więcej pieniędzy. Pewnie dziś nie musiałbym tak dużo pracować.
Poprzednio długo porozmawialiśmy 10 lat temu, wtedy spotkaliśmy się w Poroninie Stasikówce. Skupień z żoną prowadzili "Willę u Skoczka" z pokojami dla turystów, a on pracował w Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Do tego trenował młodych skoczków, a karierę na skoczni próbował robić jego syn Damian. Dziś bardzo wiele się zmieniło.
Gdy rozmawiamy, młodszy z wnuków skacze po nim w najlepsze. Skupień uśmiecha się, nie odgania chłopca. Obowiązków mu nie brakuje, bo łapie się wielu rzeczy. Taksówkarz, trener i prezes, do tego narciarski sędzia. No i dziadek. Jest szczęśliwy, nie ulega wątpliwości. Oto Wojciech Skupień, lada chwila (czyli na początku marca), lat 50.
Tomasz Wiśniowski: Co robi dzisiaj Wojciech Skupień?
Wojciech Skupień: Jak mam czas, to pomagam jako sędzia i delegat Polskiego Związku Narciarskiego przy zawodach. Teraz byłem na biegowych. Masz licencję związku, to możesz sędziować wszystko. Mogę być przy kwalifikacjach zjazdów, biegów narciarskich i skoków.
A co z firmą budowlaną, bo taką pan prowadził?
Dalej jestem właścicielem jednoosobowej firmy. Zajmuję się remontami, konkretnie wykończeniem domów i mieszkań. Ale zimą staram się nie pracować.
Do tego jest pan prezesem i trenerem klubu z Poronina szkolącego skoczków. Jak pan znajduje na to czas?
Jestem trenerem, ale z tego nie wyżyję, muszę pracować. Zajmuję się na co dzień budowlanką. Kończę o 15 i dopiero wtedy mogę jechać na trening. Ale nie zimą. Nie chcę na mrozach robić, więc wziąłem się za taksówkę. Jestem taksówkarzem. Jeżdżę po Zakopanem, ale jak zdarzy się dalszy kurs, to jeżdżę dalej. Najdalej zawoziłem klienta do Krakowa, ale kolegom trafił się kurs do Warszawy, komuś ze dwa razy - Gdańsk.