Cała Polska dyskutuje o tym, czy można rozdawać dzieciom darmowe lody za świadectwo z czerwonym paskiem. I czy rodzinną lodziarnią w Pszczynie, robiącą tak od ćwierć wieku, powinna zajmować się rzeczniczka praw dziecka. My w TVN24+ już od ponad dwóch miesięcy rozmawiałyśmy z niemal 20 osobami o tym, jak pracuje się w BRPD, kierowanym przez Monikę Hornę-Cieślak.
Sprawa z lodami jak w soczewce pokazuje to, co opowiadają nam byli i obecni pracownicy BRPD.
Zaczęło się od informacji o pozwie Łukasza Korzeniowskiego. Młody prawnik, którego do pracy w Biurze Rzecznika Praw Dziecka (BRPD) osobiście zrekrutowała Monika Horna-Cieślak - już tam nie pracuje i domaga się zadośćuczynienia oraz przeprosin m.in. za mobbing, jakiego miał doświadczyć w pracy. Opisujemy to w osobnym artykule.
Informacja o pozwie lotem błyskawicy rozniosła się po biurze. To sprawia, że kolejne osoby zgadzają się na rozmowę z TVN24+. Byli i obecni pracownicy - w tym prawnicy, psycholodzy, nauczyciele szkolni i akademiccy, byli pracownicy domów dziecka, kuratoriów oświaty. Niektórzy z bardzo dużym doświadczeniem pracy z dziećmi. Byli lub są w biurze na różnych stanowiskach - od szeregowych po te wyższe, także kierownicze.
Blisko 20 osób, z których połowę zatrudniła sama Horna-Cieślak, a kilka związanych było z biurem jeszcze za czasów Marka Michalaka. Wszyscy mówią o strachu, przemęczeniu, rozstroju zdrowia i katastrofalnym wpływie pracy na życie rodzinne.
Od jednego z mężczyzn usłyszałyśmy: - Mnie się do tej pory wydawało, że najcięższym doświadczeniem w moim życiu była śmierć bliskiej osoby. Ale to mnie tak nie trzepnęło jak praca w BRPD.
Inny pracownik czyta nam fragment SMS-a od koleżanki z BRPD:
Jak dużo pracuję, to nie mam kiedy płakać. I to trochę celowe, bo boję się, że jak na chwilę przestanę, to zupełnie się rozsypię.fragment SMS-a pracownicy BRPD
Gdy rozmawiamy z pracownikami, trzęsą im się ręce, łamie głos, pojawiają się łzy. Ich zarzuty są poważne. Na dowód pokazują swoje zwolnienia lekarskie, ankiety ewaluacyjne oraz korespondencję - urzędową i prywatną.
Wszyscy nasi rozmówcy chcą pozostać anonimowi - nawet ci, którzy już nie pracują w BRPD. Boją się ujawniania imion, płci, konkretnego doświadczenia zawodowego. Niektórzy długo zastanawiali się nad rozmową o warunkach pracy w biurze w obawie, że może to wpłynąć nie tylko na ich sytuację, ale i na zaufanie do całej instytucji, a więc też na los dzieci.
Mówiąc o tych obawach - wprost wskazują na rzeczniczkę praw dziecka Monikę Horną-Cieślak:
- To prawniczka, zna ludzi, którzy są ważni.
- Obawiam się, że jest mściwa.
- Po tej pracy nie mam siły na sąd, wciąż leczę się psychiatrycznie.
- Obawiam się, że mnie ośmieszy na rozprawie. Wykaże, że byłam złym pracownikiem.
- Po prostu się boję.
Zdecydowaliśmy się w pełni zanonimizować naszych rozmówców i opisać ich historie ze względu na interes społeczny. BRPD to instytucja, która ma działać na rzecz najsłabszych - chodzi o dobro dzieci i ich systemowe wsparcie. Czy można to robić, gdy instytucja pełna jest przestraszonych i wycieńczonych dorosłych? Czy osoby, które doszły do swojej granicy wytrzymałości fizycznej i psychicznej, są w stanie skutecznie pomagać innym?
Nie rozstrzygamy, kto ma rację - to w przypadku trzech procesów oceni sąd. Opisujemy sytuację w BRPD tak, jak widzą ją nasi rozmówcy. A o realia pracy i stawiane zarzuty pytamy też rzeczniczkę.
W TVN24+ pytamy też: jak to się stało, że Monika Horna-Cieślak - adwokatka ceniona przez organizacje pozarządowe oraz dzieci i młodzież - wzbudza taki lęk wśród dorosłych? Jak wyglądały minione dwa lata w BRPD? O czym nie przeczytacie w oficjalnych sprawozdaniach?
Nadzieja i niespotykane zaufanie
Od 2000 roku Rzecznik Praw Dziecka jest "głosem dzieci" wobec państwa. Interweniuje w konkretnych sprawach, alarmuje o problemach najmłodszych i zabiega o takie zmiany prawa, które mają lepiej chronić dzieci przed krzywdą. Jedną z najgłośniejszych zmian, o które skutecznie zabiegał właśnie RPD, było wprowadzenie do polskiego prawa zakazu bicia dzieci (2010). Do tej pory funkcję RPD - na podstawie uchwał Sejmu - piastowało sześć osób.