Pożegnanie na Broad Peak. "Świeczka w domu to nie jest to samo. To był jego świat"

TVN24

TVNNajbliżsi pożegnali zmarłych himalaistów na Broad Peak

Każda matka, ojciec, kiedy umrze dziecko, chcą mieć miejsce, gdzie mogą przyjść, grób. A oni tego nie mają. Dlatego chcieli to przeżyć, zobaczyć jak ich syn szedł, zapalić świeczkę - mówił "Superwizjerowi" Krzysztof Gawron, przyjaciel małżeństwa Kowalskich, których syn zginął na Broad Peak. Wraz z najbliższymi Tomka Kowalskiego i Macieja Berbeki wziął udział w wyprawie na górę, na której doszło do dramatu.

Rodzice Tomasza Kowalskiego, który zginął w marcu podczas zejścia ze szczytu Broad Peak, wraz z narzeczoną syna i bliskimi Macieja Berbeki, drugiego tragicznie zmarłego himalaisty, postanowili wyruszyć na Broad Peak, by pożegnać najbliższych. Towarzyszyła im ekipa "Superwizjera" TVN.

- To, co nam utkwiło w pamięci, jak rozmawiamy o Tomku, to to, że poprzeczki, które sobie stawiał, zawsze wydawały się nam surrealistyczne, a okazywało się, że daje radę i potrafi spełniać marzenia. A to wszystko dzięki jego niesamowitej pracowitości i konsekwencji w działaniu. To, co robił, przynosiło mu autentyczne szczęście, ale dla nas było bardzo trudne - wspominała Alicja Kowalska, matka Tomka Kowalskiego.

- Każda matka i ojciec chcą, gdy zginie im dziecko, mieć miejsce gdzie mogą przyjść, zapalić świeczkę - podkreślił Krzysztof Gawron, przyjaciel rodziny Kowalskich, który także brał udział w wyprawie.

- Idę z misją. Dostałem od kogoś świeczkę, od znajomych Tomka. Nawet nie wiem od kogo. Prosili mnie, by tu przynieść, więc musiałem - tłumaczył swój udział w wyprawie Gawron.

Dodał, że rodzice Tomasza Kowalskiego chcieli zobaczyć okolicę i przeżyć to, co przeżywał ich syn, idąc na Broad Peak.

- Palili przez dłuższy czas świeczkę w domu, ale to nie jest to samo. To był jego świat i w tym świecie został - mówił przyjaciel rodziny Kowalskich.

"Zabrakło przyjaźni"

Podczas długiej i ciężkiej wędrówki na Broad Peak bliscy i przyjaciele tragicznie zmarłych himalaistów wspominali Berbekę i Kowalskiego.

- Maciek stał na tym szczycie. Tak niedawno. A wydaje się, że to już wieki - mówiła przyjaciółka Macieja Berbeki.

Przyjaciele himalaistów zgodnie podkreślali też, że powinni byli się wycofać w stosownym momencie, a nie narażać na niebezpieczeństwo.

Jednak poza wspomnieniami, był też żal, że podczas wyprawy zabrakło przyjaźni i odpowiedzialności za innych uczestników.

- Ideą Projektu Polski Himalaizm Zimowy była chyba nie tylko fizyczność zdobywania ośmiotysięczników w zimie przez Polaków, ale przede wszystkim idea zbratania w górach i pięknej przyjaźni. A tutaj okazało się, że owszem - fizyczność pozostała - ale przyjaźni tu się nie możemy doszukać - mówiła jedna z uczestniczek wyprawy.

- Gdyby w górę poszli ludzie, którzy potrafią zadbać o siebie, czyli tacy ludzie jakimi byli pomimo kolosalnej różnicy wieku Maciek i Tomek (...), czwórka takich ludzi, to mogło się to po prostu skończyć inaczej - mówiła matka Tomka Kowalskiego.

5 marca na wierzchołku Broad Peak (8051 m n.p.m.) stanęli kolejno: 29-letni Adam Bielecki (KW Kraków), 33-letni Artur Małek (KW Katowice), 58-letni Maciej Berbeka (KW Zakopane) i 27-letni Tomasz Kowalski (KW Warszawa). Dwaj ostatni nie zdołali powrócić na noc do obozu.

8 marca zostali uznani za zmarłych.

W ubiegłym tygodniu PZA opublikował raport oceniający przygotowanie i przebieg wyprawy. Stwierdzono w nim, że ekspedycja była dobrze przygotowana, ale źle przeprowadzono sam atak na szczyt. W reporcie negatywnie oceniono też postawę Adama Bieleckiego, który sam podjął decyzję o odłączeniu się od grupy.

Pożegnanie na Broad Peak. Cały reportaż "Superwizjera"
TVN

Autor: MAC//bgr / Źródło: TVN

Raporty: