"Przedstawianie racji obu stron sporu, dobór różnorodnych rozmówców, ekspertów czy oddzielanie informacji od publicystycznego komentarza - to był dziennikarski elementarz" - tak Andrzej Morozowski opisywał początki swojej pracy. On, absolwent teatrologii, swoją dziennikarską misję rozpoczął tuż po zmianach systemowych w Polsce, początkowo jako dziennikarz radiowy. Był współtwórcą, a przez dekadę - w latach 1990-2000 - jednym z głównych reporterów politycznych Radia Zet.
Telewizję poznawał w popularnym programie "Teleexpress", z którym współpracował w tym samym czasie jako reporter sejmowy.
"Gdy stawiałem swoje pierwsze kroki w dziennikarstwie, nie było jeszcze tak głębokich podziałów w środowisku, jak dziś. Było grono polityków szanowanych przez wszystkich za format, przedkładanie dobra wspólnego nad partykularne partyjne interesy" - wspominał tamte lata.
Andrzej Morozowski - od początku w TVN24
W 2001 roku trafił do tworzącej się właśnie TVN24. "Byłem przekonany, że w tak rozpolitykowanym kraju jak nasz, ogólnopolska telewizja skoncentrowana na wiadomościach, publicystyce, dokumencie ma rację bytu. Bez wahania zdecydowałem się odejść z mojego matecznika - Radia Zet - do nowej stacji, choć niektórzy sceptycznie nastawieni dziennikarze pukali się w głowę" - pisał po latach, przy okazji 20-lecia stacji. "Już kilka tygodni po powstaniu TVN24, gdy wchodziłem do gabinetu polityka i prosiłem o komentarz, słyszałem, że on najpierw musi zobaczyć w TVN24, co na konferencji prasowej, 50 metrów dalej, obwieścił konkurent z innej partii" - wspominał Morozowski.
Zaczynał jako reporter sejmowy. "Przychodziłem do parlamentu przed ósmą rano, jeszcze przed posłami. Rozczulam się na wspomnienie, jak to niegdyś wyglądało od technicznej strony. Dźwigałem wielki metalowy pojemnik z lampami do oświetlenia sejmowych korytarzy. Operator niósł kamerę, statyw, mikrofony itd. Rozwijaliśmy obaj kable łączące kamerę z wozem transmisyjnym i rozkładaliśmy je wzdłuż sejmowych korytarzy tak, aby nikomu nie przeszkadzały" - opisywał.
Odpowiadając na pytania widzów, wspomniał kilka lat temu swoje pierwsze próby przed kamerą: "Mieliśmy próbne nagrania. Mariusz Walter [założyciel TVN - red.] to oglądał. Miał mnóstwo uwag. Kiedyś mnie spotkał w windzie i powiedział: panie Andrzeju, niech pan się czasem uśmiechnie, bo mi widzów straszysz".
Przez kolejne lata Andrzej Morozowski stał się jednym z filarów TVN24 i TVN. Oglądaliśmy go w "Skanerze politycznym", "Bohaterze tygodnia", "Studiu 24", "Prześwietleniu", "Rozmowie bardzo politycznej", w końcu w "Tak jest". Został jednym z najbardziej rozpoznawalnych dziennikarzy w Polsce. Ale nadal był reporterem, i to najlepszym z najlepszych. W grudniu 2006 roku został Dziennikarzem Roku. Zaszczytny tytuł, który przyznają dziennikarze (organizowany przez magazyn branżowy "Press"), otrzymał wraz z Tomaszem Sekielskim, wówczas również dziennikarzem naszej stacji. W programie "Teraz my!", który współtworzyli, pokazali materiał, który w tamtych czasach wstrząsnął życiem politycznym.
"Taśmy Beger"
"Gdy nagrywaliśmy tajne negocjacje Adama Lipińskiego, ministra w rządzie Jarosława Kaczyńskiego, z posłanką Samoobrony Renatą Beger - minister obiecywał jej różne polityczne i finansowe frukta w zamian za porzucenie Andrzeja Leppera i wsparcie PiS - uważaliśmy z Tomkiem Sekielskim, że robimy politykom psikusa. Chcieliśmy pokazać bezwzględną polityczną grę i zakulisowe targi" - wspominał Andrzej Morozowski.
Materiał rozpętał burzę, po raz pierwszy tak dosłownie odsłaniając kulisy procederu kupowania posłów w zamian za stanowiska. W końcu to ówczesny wiceprezes PiS próbował wówczas namówić posłów Samoobrony do przejścia do partii Jarosława Kaczyńskiego. Opozycja mówiła o "handlowaniu Polską", a przyłapane na gorącym uczynku Prawo i Sprawiedliwość o "potężnej prowokacji politycznej". - To nie było tak, że pani Renata Beger specjalnie na potrzeby telewizji TVN zaczęła te rozmowy z PiS-em. Nie, ona była kuszona wcześniej i po prostu na którymś etapie wzięła ze sobą kamerę - mówił Morozowski.
Do chyba największego spięcia z politykiem doszło po zaproszeniu do "Teraz my!" Andrzeja Leppera. Szef Samoobrony, a wówczas również wicepremier, komentując program, stwierdził: "jestem cierpliwy, wytrzymałem tam wczoraj i Morozowski nie dostał w papę za to, co zrobił". Lepperowi nie spodobało się, że musiał na antenie zmierzyć się z adwersarzami. Po krytyce tych słów szef Samoobrony publicznie przeprosił prowadzących program.
"Tak jest" Andrzeja Morozowskiego, czyli najtrudniejsze są te rozmowy, które wydają się łatwe
W ostatnich latach Andrzej Morozowski kojarzony był przede wszystkim z "Tak jest". Mimo klasycznej formuły rozmów z gośćmi w studiu nadawał im wyjątkowej barwy. Kiedy trzeba poważny, gdy można żartobliwy, zawsze dociekliwy, ale w ten charakterystyczny dla niego, uważny sposób. Kultura i naturalna elegancja. Pozwalał mówić, jednocześnie panując nad temperaturą dyskusji, niezależnie od tego, jak bardzo zaciekłych przeciwników politycznych gościł. Zapytany przez widza kilka lat temu o najtrudniejszą rozmowę w "Tak jest", Morozowski odparł, że wszystkie są w jakiś sposób trudne. - Tak naprawdę najtrudniejsze są te rozmowy, które wydają się łatwe. Kiedy nie mam takiego poczucia, że się nie zgadzam z rozmówcą. Bo jeśli się nie zgadzam z moim rozmówcą, to ta rozmowa jest dla mnie o wiele łatwiejsza. Bo jest to rozmowa, w której mam własne argumenty. Natomiast gorzej jest, kiedy rozmawiam z rozmówcą, z którym się całkowicie zgadzam. Wtedy rozmowa robi się... chyba trzeba to powiedzieć, że... miałka po prostu. Może te najłatwiejsze pozornie rozmowy są najtrudniejsze - mówił.
Inny widz był ciekaw największego wyzwania w pracy. W odpowiedzi Andrzej stwierdził, że jest nerwusem. - Więc największe wyzwanie, to żeby nie skubać skórek przy paznokciach, żeby się nie podrapać w jakimś dziwnym miejscu, by nie poprawiać okularów. Dla mnie to jest straszna rzecz, żeby wytrzymać godzinę w ten sposób - przyznał.
Dzieciństwo
Polityką interesował się od dziecka. "Dorastałem w latach 60. ubiegłego wieku i - chcąc nie chcąc - słuchałem audycji Radia Wolna Europa puszczanych głośno przez mojego ojca. Przez warkot zagłuszarek docierały do mnie informacje, których trudno było szukać w oficjalnych PRL-owskich mediach" - wspominał po latach Morozowski.
W dzieciństwie dowiedział się o swoim żydowskim pochodzeniu, o czym opowiedział w wywiadzie dla "Newsweeka". "Wiedziałem, gdzie rodzice trzymają wszystkie ważne papiery. Jak ich nie było w domu, wlazłem na krzesło, wyjąłem tę ceratową torbę i zacząłem grzebać. I dogrzebałem się dziadka Judy i babci Maszy. Uspokoiłem się, że jestem synem swoich rodziców, ale co to za imiona? (...) No i wtedy matka zaczyna nam przy stole tłumaczyć, że ojciec jest pochodzenia żydowskiego. Straszliwy wstrząs. Bo jak się chciało koledze dopiec, mówiło się do niego 'ty Żydzie' i to było normalne. (…) To zawsze było pejoratywne. Więc dla mnie to jest potworny szok, trauma. Jest rok 1967 i rodzice nam mówią, że mamy się z tym nie afiszować, bo atmosfera jest już mocno antysemicka" - mówił Marcinowi Mellerowi w styczniu 2013 roku.
Choroba
Od jakiegoś czasu wiadomo było, że jest chory. Leczył się, a wtedy znikał na długo z ekranów. 5 marca tego roku znów wrócił na antenę. I sam wyjaśniał: - Przez ponad pół roku nie było mnie na antenie TVN24, ponieważ walczyłem z nowotworem. Teraz stan zdrowia pozwala mi na prowadzenie programu nie w pełnym wymiarze, ale będę się starał spotykać z państwem jak najczęściej. No i wszystkim, którzy mi kibicowali, bardzo dziękuję.