W sobotę rano siły specjalne USA przeprowadziły atak na Caracas, stolicę Wenezueli. Przywódca kraju Nicolas Maduro wraz z żoną został pojmany i wywieziony z kraju. - Ta cała sytuacja jest niejednoznaczna. To jest coś więcej, niż tylko porwanie prezydenta państwa - skomentował w "Kropce nad i" w TVN24 Andrzej Zybertowicz (Kancelaria Prezydenta). Jak podkreślił, "to jest uruchomienie ciągu zdarzeń, którego nie sposób przewidzieć - czy Rosja i Chiny potraktują to jako ostrzeżenie, czy przyzwolenie, żeby w swoich strefach wpływów robić, co chcą". Kamila Gasiuk-Pihowicz (KO) stwierdziła, że "trudno w tym momencie pozwolić sobie na jednoznaczne oceny". Tłumaczyła, że "Stany Zjednoczone miały swoje mocne podstawy, by chcieć postawić Maduro przed sądem". Marcin Horała (PiS) wspomniał, że "mamy pewien ład międzynarodowy, który opiera się na określonych zasadach i przez wiele lat w miarę obowiązywał na całym świecie". Jak kontynuował, "od kilku lat tak nie jest, te zasady są łamane przez takie państwa jak Rosja". Według Katarzyny Kotuli (Lewica) "Amerykanie pewnie zastanawiają się nad tym, czy nie jest przypadkiem tak, że prezydent USA traci w sondażach, sytuacja wewnątrz Stanów Zjednoczonych nie jest taka różowa i czy nie chodzi o przykrycie" tych tematów. Michał Wawer (Konfederacja) stwierdził, że "standardów międzynarodowych nigdy nie było, zawsze rządziła tylko siła". Joanna Mucha (Polska 2050) zaznaczyła, że "ta moneta ma dwie strony - Wenezuela to kraj upadły, w którym 20 milionów osób potrzebuje pomocy humanitarnej, ale drugą stroną monety jest niebezpieczny precedens".<br/><br/><br/><br/>