Na zewnątrz -9 stopni Celsjusza. Po wejściu do klatki schodowej kamienicy przy ulicy Łagiewnickiej w Łodzi, niedaleko skrzyżowania z Julianowską, niewiele się zmienia. Naniesiona na prowadzące na pierwsze piętro schody woda zamarzła. Wchodząc, trzeba uważać, żeby nie upaść. W oknie na półpiętrze są pojedyncze szyby. Kiedy się ich dotknie, widać szpary, którymi mróz wdziera się do środka.
Jeden z lokatorów na pierwszym piętrze ma psa. Przy drzwiach stoją dwie miski. Biała jest z suchą karmą, w czarnej była woda. Aktualnie zamarznięta. To nie pierwszy raz, kiedy stoję przed tymi drzwiami. Latem odwiedziłem mieszkającego tu Marka. Mówił wtedy gorzko, że po śmierci sąsiada kolejka do toalety jest krótsza.
Tym razem Marek nie otwiera drzwi, sąsiadka (swoją toaletę ma już od ponad czterech lat) tłumaczy, że jest w pracy. Żona Marka i jego syn - u babci, w bloku w Śródmieściu. W końcu są ferie.
Rodzina korzysta ze znajdującej się kilka schodków wyżej toalety na korytarzu. Przy oknie są dwa, oddzielone cienką ścianką klozety. Do obu prowadzą drzwi. Klamka jest lodowata.
- Szkoda mi tych ludzi. Ja już teraz tylko martwię się o ogrzewanie - krzyczy z dołu sąsiadka Marka. W jej tonie słyszę delikatną nutę wyższości.
W strachu
O ile Marek, jego żona i syn mogą zazdrościć sąsiadce, to Markowi może zazdrościć pani Helena. 72-letnią kobietę spotykam w następnej kamienicy. Mówi, że wiele by dała, żeby mieć na półpiętrze ubikację.
- Teraz jest tak, że korzystam z wiaderka. Jak jest połowa, to schodzę i wylewam do ubikacji na dole - tłumaczy. Rozmawiamy na progu jej mieszkania. Kobieta ma na sobie dwie bluzy, spodnie dresowe, wełniane skarpety i kapcie.
Na podwórku zniszczonej miejskiej kamienicy stoi plastikowa przenośna toaleta. 72-latka opowiada, że od kiedy są mrozy, chciałaby tam rzadziej chodzić. Tu też schody są oblodzone.