System w stanie nagłym. Kolejki karetek w Legnicy to tylko wierzchołek kryzysu

Kolejka karetek, SOR w Legnicy
Kolejka karetek codziennie czeka przed SOR w Legnicy. "Słyszymy, że nie ma miejsca"
Źródło: TVN24
Karetki stoją po kilka godzin przed Szpitalnym Oddziałem Ratunkowym w Legnicy, a pacjenci - zamiast trafiać do szpitali powiatowych - krążą po regionie w poszukiwaniu miejsca. Dyspozytorzy alarmują o braku wolnych oddziałów, szpitale o braku personelu, a ratownicy o absurdach systemu, w którym ktoś ze zwichniętym palcem przyjeżdża karetką, a inni - naprawdę potrzebujący - czekają. Legnica pokazuje, że problem nie dotyczy jednego miasta, ale całego systemu ratownictwa medycznego w Polsce.
Kluczowe fakty:
  • Szpitale powiatowe odsyłają pacjentów, zamiast ich diagnozować i przyjmować, co pogłębia kryzys w dużych placówkach.
  • Lekarze z Legnicy zapewniają, że procedury triażu są przestrzegane, a o kolejności decyduje stan pacjenta, nie kolejka.
  • Eksperci przypominają, że SOR to miejsce ratowania życia, nie przychodnia. Część pacjentów nadużywa systemu, wzywając karetki bez realnej potrzeby.
  • Więcej artykułów o podobnej tematyce znajdziesz w zakładce "Zdrowie" w serwisie tvn24.pl.

Zdjęcia i nagrania sprzed Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Legnicy obiegły kraj. Na parkingu stoi kilka karetek, wewnątrz - przepełniona izba przyjęć. - Moja karetka stoi od godziny 16.50 do teraz, a jest po 19. Na ten moment nie ma miejsca na oddziale ratunkowym - mówił w rozmowie z TVN24 ratownik medyczny Mariusz Trela. Pacjenci są przywożeni nie tylko z miasta, ale z sąsiednich powiatów. - Szpitale powiatowe muszą zacząć diagnozować i przyjmować pacjentów, a nie tylko przekazywać ich do dużych placówek - zaznaczał Maciej Leszkowicz, dyrektor Wojewódzkiego Szpitala Specjalistycznego w Legnicy.

Mimo ogromnego obłożenia oddziału, szef SOR-u z Legnicy zapewnia, że procedury przyjęć są przestrzegane, a o kolejności decyduje stan pacjenta, a nie kolejka karetek przed SOR-em. - Nie jest tak, że karetki stojące przed SOR-em czekają w niekończącej się kolejce, a my nie wiemy, jacy pacjenci się w nich znajdują. Doskonale znamy ich stan zdrowia i sytuację. Na przykład podczas mojego ostatniego dyżuru, po rozmowie z koordynatorem, podjęliśmy decyzję o natychmiastowym przyjęciu pacjenta, który, choć nie był pierwszy w kolejce, wymagał natychmiastowej pomocy. Personel triażu, ratownicy, pielęgniarki, lekarze, wszyscy są wyczuleni na to, by osoby w najcięższym stanie trafiły pod opiekę jako pierwsze. Nikt z udarem, zawałem czy mnogimi obrażeniami ciała nie czeka na przyjęcie. W sytuacjach, gdy liczba pacjentów przekracza nasze możliwości lokalowe, kolejkujemy pozostałych, zawsze mając na uwadze ich bezpieczeństwo i zapewnienie im właściwych warunków leczenia - mówił w rozmowie z TVN24 Nikolaj Lambrinow, szef Szpitalnego Oddziału Ratunkowego w Legnicy.

Zlot karetek do jednego szpitala

Sytuację, w której karetki z całego regionu kierują się do jednego szpitala, pomijając inne, bliższe opcje, lekarze nazywają "zlotem gwiaździstym". W Legnicy to już codzienność. Zespoły ratownictwa medycznego przywożą pacjentów z odległych miejscowości, choć pomoc mogłaby zostać udzielona w szpitalach powiatowych. - Zespoły ratownictwa pomijają często Izby Przyjęć szpitali powiatowych w sytuacjach, kiedy ta pomoc mogłaby zostać udzielona na takim samym poziomie jak u nas i nie blokowałaby tej bardziej specjalistycznej części leczenia - podkreślał Lambrinow. Dodatkową grupę pacjentów stanowią ci, którzy zgłaszają się na SOR samodzielnie, i bywa, że też przyjeżdżają z odległych miejsc do wybranego szpitala.

Dlaczego tak się dzieje? - Moim zdaniem jest kilka powodów. Jednym z nich jest fakt, że szpitale powiatowe nie chcą przyjmować karetek i często są sytuacje, kiedy karetki są odsyłane. Te odmowy bywają kuriozalne, na przykład dotyczą pacjenta, który miał zwichnięty palec w dłoni, ale tego typu rzeczy zdarzają się - tłumaczył Lambrinow.

Drugim, poważnym problemem jest sytuacja pacjentów spoza rejonu. - Często trafiają do nas osoby przywiezione przez pogotowie z okolicznych powiatów, na przykład z Lubina, gdzie również funkcjonuje Szpitalny Oddział Ratunkowy. Zdarza się, że przyjeżdżają z podejrzeniem choroby neurologicznej, które ostatecznie się nie potwierdza, ale wtedy już nie możemy odesłać takiego pacjenta z powrotem do szpitala w jego rejonie, bo nie zostanie tam przyjęty - wskazał szef SOR-u w Legnicy.

Raport GUS - Pomoc doraźna i ratownictwo medyczne w 2024 r.
Raport GUS - Pomoc doraźna i ratownictwo medyczne w 2024 r.
Źródło: GUS

Według niego legnicki szpital, który został powołany do obsługi określonego rejonu i realizacji jasno wyznaczonych zadań, w praktyce działa dziś znacznie szerzej. - W efekcie placówka obsługuje teren znacznie większy, niż pierwotnie zakładano, mimo że to właśnie po to uruchomiono m.in. SOR w Lubinie - dodał Lambrinow.

Nie tylko pacjenci w ciężkim stanie trafiają do legnickiego szpitala. Coraz częściej karetkami przywożone są także osoby z dolegliwościami, które można byłoby skutecznie leczyć w mniejszych placówkach. Lekarze podkreślają, że system powinien lepiej wykorzystywać możliwości szpitali powiatowych. - W wielu sytuacjach, takich jak epizody nadciśnienia czy napady astmy oskrzelowej, pomoc mogłaby zostać skutecznie udzielona w Izbie Przyjęć szpitala powiatowego. Warto przynajmniej spróbować tam interweniować, zamiast od razu kierować wszystkie tego rodzaju przypadki do szpitala specjalistycznego - wskazał Lambrinow.

Problem "zlotu karetek" do jednego szpitala nie dotyczy tylko dorosłych pacjentów. Lekarze coraz częściej obserwują też tendencję, by każde dziecko, wymagające konsultacji chirurga, kierować do szpitala w Legnicy z argumentem, że działa tu chirurgia dziecięca. Tymczasem w praktyce większość małych pacjentów w ogóle nie wymaga konsultacji chirurga dziecięcego. - 90 proc. tych dzieci na szczęście nie widzi chirurga dziecięcego, bo oni są zaopatrywani w ramach SOR-u, gdzie nie dyżuruje chirurg dziecięcy, tylko chirurg ogólny albo ortopeda, tacy jak w innych szpitalach - podkreślał Lambrinow.

Dyspozytorzy kierują wszystkich w jedno miejsce

Mimo, że legnicki SOR od miesięcy pracuje na granicy swoich możliwości, wciąż trafia tu najwięcej karetek z regionu. Lekarze zwracają uwagę, że problem nie wynika jedynie z liczby pacjentów, ale także ze sposobu, w jaki koordynowany jest transport medyczny.

- Nie chodzi o to, żebyśmy sprawiali wrażenie "oblężonej twierdzy", nie w tym rzecz. Problem polega raczej na braku elastycznego zarządzania ruchem karetek w regionie. W innych częściach kraju, na przykład w Warszawie, gdy jeden SOR jest przeciążony, dyspozytor medyczny kieruje pacjentów do innych, mniej obciążonych placówek. Dzięki temu system działa sprawniej, a czas oczekiwania na pomoc jest krótszy. U nas sytuacja wygląda odwrotnie. Mimo że wiadomo, iż w naszym SOR-ze karetki czekają po kilka godzin, dyspozytorzy nadal kierują tu kolejne zespoły. Co więcej, często nie pozwalają im jechać do innych szpitali, które mogłyby przyjąć pacjentów szybciej - wyjaśniał szef SOR-u w Legnicy.

SOR to nie przychodnia, a miejsce ratowania życia

Niedawno w artykule w tvn24.pl eksperci przypominali, że SOR powinien być miejscem, gdzie trafiają tylko osoby w stanie nagłego zagrożenia życia lub zdrowia. Każdy pacjent jest tam oceniany przez personel w ramach tzw. triażu, który decyduje o kolejności przyjęcia.

- Kolejność na SOR-ze nie ma nazwisk, ma stany zagrożenia. Decyduje nie to, kto przyszedł pierwszy, ale komu w danej chwili naprawdę potrzebna jest pomoc - tłumaczył w podcaście "Wywiad medyczny" TVN24+ dr Bogdan Stelmach, kierownik SOR-u Uniwersyteckiego Centrum Klinicznego WUM. Niektórzy wykorzystują to, nadużywając systemu. - Ludzie mówią, że boli ich w klatce piersiowej, bo wiedzą, że w tej sytuacji karetka musi przyjechać, niezależnie od tego, czy to prawda, czy nie - zwracał uwagę lekarz.

Dr Stelmach podkreślał też, że takie zachowania są szczególnie niebezpieczne teraz, kiedy - zwłaszcza w Warszawie - liczba potrzeb przekracza możliwości systemu. - Nieprawdą jest też przekonanie, że pod szpitalami stoją wolne karetki, które tylko czekają na przyjęcie pacjenta. Często sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Nie ma ambulansu wolnego, a wezwanie jest dramatyczne i musimy tam kogoś wysłać - tłumaczył dr Stelmach.

Granice możliwości

Personel legnickiego SOR-u stara się dostosować do trudnej sytuacji i rosnącej liczby pacjentów. Wprowadzone zmiany pozwalają przyjąć znacznie więcej chorych niż przewidują to oficjalne normy, jednak każda taka decyzja ma swoje granice.

Osoby, którym udzielono świadczeń zdrowotnych w szpitalnych oddziałach ratunkowych lub izbach przyjęć na 1 000 ludności według województw w 2024 r.
Osoby, którym udzielono świadczeń zdrowotnych w szpitalnych oddziałach ratunkowych lub izbach przyjęć na 1 000 ludności według województw w 2024 r.
Źródło: GUS

- Oczywiście, my również wewnętrznie dokonaliśmy pewnych zmian organizacyjnych. Obecnie mamy możliwości przyjmowania nawet około 40 pacjentów jednocześnie, choć formalnie nie dysponujemy tyloma miejscami. Zależy nam jednak nie tylko na liczbach, ale przede wszystkim na komforcie i bezpieczeństwie chorych. Pacjenci nie powinni leżeć na korytarzach czy w warunkach prowizorycznych. Trzeba też pamiętać, że personel naszego oddziału jest przewidziany do opieki nad kilkunastoma osobami, a nie nad czterdziestoma. To zupełnie inna skala odpowiedzialności i obciążenia - tłumaczył Lambrionow.

Brakuje współpracy między szpitalami

Lekarze zwracają uwagę, że jednym z największych problemów systemu jest brak skutecznej koordynacji transportu medycznego między placówkami. Przepisy są jednoznaczne, jednak praktyka często wygląda inaczej.

- Zapis ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym mówi, że zespół ratownictwa powinien transportować pacjenta do najbliższego SOR-u. W praktyce jednak bywa inaczej. Na przykład w powiecie lubińskim karetki często omijają tamtejszy oddział i jadą bezpośrednio do nas, mimo że obowiązujące wytyczne wskazywałyby inny kierunek. Tymczasem pacjent mógłby zostać przyjęty w bliższym SOR-ze, tam zdiagnozowany, a jeśli okazałoby się, że wymaga naszej specjalistycznej opieki - zostałby do nas przewieziony transportem międzyszpitalnym. Wbrew pozorom nie zajęłoby to więcej czasu. Niestety, w tej kwestii wciąż brakuje porozumienia - podsumował Lambrinow.

Co mówią dane z GUS?

Szpitalne Oddziały Ratunkowe zapewniają świadczenia zdrowotne w dwóch trybach: ambulatoryjnym (niezakończonym hospitalizacją) oraz stacjonarnym. W 2024 roku takich placówek było 250 w całej Polsce (o 4 więcej niż rok wcześniej). Jak czytamy w raporcie GUS-u z 23 marca 2025 roku najwięcej świadczeń udzielono w tym pierwszym trybie - skorzystało z nich blisko 4,1 mln pacjentów (o 2,9 proc. więcej niż w 2023 r.). W trybie stacjonarnym w SOR-ach leczono ponad 2,3 mln osób.

Jednostki Systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne według województw w 2024 r. (stan w dniu 31 grudnia)
Jednostki Systemu Państwowe Ratownictwo Medyczne według województw w 2024 r. (stan w dniu 31 grudnia)
Źródło: GUS

Liczba osób, którym udzielono pomocy medycznej w SOR-ach lub w Izbach przyjęć, wzrosła o 6,4 proc. w porównaniu z 2023 r. 19,1 proc. ogólnej liczby leczonych stanowiły dzieci, a 27,6 proc. - osoby w wieku 65 lat i więcej (wobec odpowiednio 19,5 proc. i 26,8 proc. w 2023 r.). Ok. 3,2 mln osób zespoły ratownictwa medycznego udzieliły świadczeń zdrowotnych w miejscu zdarzenia.

Doraźną pomoc medyczną świadczyły również lotnicze zespoły ratownictwa medycznego z 21 baz Lotniczego Pogotowia Ratunkowego (podobnie jak w 2023 r.). Z systemem współpracowało 151 izb przyjęć, 17 centrów urazowych oraz 11 centrów urazowych dla dzieci.

Czytaj także: