Samolot pasażerski uderzył w wóz strażacki w trakcie lądowania o godzinie 23.38 czasu lokalnego (4.38 czasu polskiego) na lotnisku LaGuardia w Nowym Jorku. Zginęło dwóch pilotów, a 41 osób trafiło do szpitala.
Ekspert o "nieszczęśliwym zbiegu okoliczności"
O możliwe przyczyny wypadku został zapytany na antenie TVN24 Grzegorz Brychczyński ze Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Komunikacji RP.
- W procesie badania wypadków lotniczych z reguły występuje taka triada badawcza. To jest: pogoda, maszyna, człowiek. W tym konkretnym przypadku (...) najbardziej podejrzanym jest pogoda i człowiek - powiedział.
Zwrócił uwagę, że w czasie wypadku było ciemno i padał deszcz. - W związku z tym wzmożona uwaga, czy wzrost napięcia emocjonalnego kontrolerów ruchu lotniczego i kontrolerów, którzy obsługują tak zwaną płytę lotniskową - dodał.
Brychczyński mówił, że do wypadku doszło w czasie, kiedy "jest troszkę mniejszy ruch lotniczy na LaGuardii". Natomiast, jak zaznaczył, "dużo się dzieje na płycie lotniskowej". Wskazał na kwestie ładunków i przygotowań do lotu.
- I tu mieliśmy taki nieszczęśliwy, moim zdaniem, zbieg okoliczności, że była jakaś sytuacja awaryjna, do której trzeba było wezwać jednostkę straży pożarnej - ocenił.
Co zrobił kontroler? "Jakby się zawiesił na parę sekund"
Jak opisał, siedziba straży pożarnej znajduje się na skraju lotniska, jest oddzielona od pasa startowego, na którym miał lądować samolot, "w odległości ośmiuset, dziewięciuset metrów".
- Wyjeżdżający wóz strażacki zapytał kontrolera ruchu na płycie lotniskowej: "którą drogą kołowania mogę jechać?". W związku z tym kontroler, znając sytuację logistyczną jaka jest, powiedział jemu: "Jedź drogą D, jak delta" - mówił ekspert.
- Oczywiście on otrzymał zgodę na drogę kołowania D, ale obowiązkiem strażaka, który wiedział, że ma przed sobą pas startowy, bo on dokładnie zna tę sytuację, było jeszcze raz zapytać: "Czy mogę przekroczyć pas startowy" - zaznaczył.
Brychczyński powiedział, że przesłuchał rozmowę wieży ze strażakami i "zastanawiający" dla niego był fakt, że "na zadane pytanie kontroler jak gdyby się zawiesił na parę sekund".
- A jaką mieliśmy w tym momencie sytuację? Samolot był na podejściu, praktycznie dotknął kołami ziemi. Jego prędkość kołowania [wynosiła - red.] około dwustu kilometrów na godzinę. I nagle słyszymy krzyk w radio tego kontrolera: "Stop, stop, stop!". Ale ten strażak, który prowadził samochód, czy dowódca, kazał jechać poprzez pas, bo on nie uzyskał wyraźnej niezgody. W związku z tym on domniemywał, że ma zgodę - opisywał ekspert.
- Jeżeli ruszył, to nie jest tak łatwo ten ciężki wóz zahamować, tak jak my na przykład możemy zahamować samochód i tak samo nie możemy zahamować drogi kołowania tego szybkiego [samolotu - red.], a w tym momencie było dwieście kilometrów na godzinę - zauważył.
Autorka/Autor: Justyna Sochacka
Źródło: TVN24
Źródło zdjęcia głównego: PAP/EPA/OLGA FEDOROVA