"To już koniec, właśnie tak umrę". 35-latka opowiedziała o ataku czterometrowego rekina

Po ataku rekina na plaży w Sydney rozległ się alarm
Po ataku rekina na plaży w Sydney rozległ się alarm
Źródło wideo: Shawnee Jones/Reuters
Źródło zdj. gł.: Shawnee Jones/Reuters
Dodaj do preferowanych źródeł w Google
Kobieta, która w czerwcu przeżyła atak rekina na plaży w Sydney, opowiedziała w programie "60 minutes" w telewizji Nine Network o tym, jak prawie straciła życie. Walka z czterometrowym żarłaczem przypominała "bicie pięścią w mur", ale 35-latka nie poddała się.

W wywiadzie wyemitowanym w niedzielę Leah Stewart opowiedziała o ataku, a także poprzedzających go chwilach. 13 czerwca rano 34-letnia wówczas kobieta poszła popływać przy plaży Coogee w Sydney. Była około 30 metrów od brzegu i miała już wracać, gdy doszło do ataku. "Usłyszałam za sobą dziewczynę... przenikliwy wrzask. Odwróciłam się i zobaczyłam za nią ogromną, ogromną płetwę. Była olbrzymia - podkreśliła 35-letnia Australijka. Po chwili rekin był już blisko. W wywiadzie opisywała przerażającą, ogromną paszczę i szczęki oraz małe, czarne, paciorkowate oczy potężnego drapieżnika.

Atak rekina przy plaży

Przyznała, że gdy gdy doszło do ataku, zadała sobie pytanie "którą kończynę jest gotowa stracić". - Jestem praworęczna, więc postanowiłam: "uderz lewym sierpowym" - mówiła. Dodała, że przeszła w "tryb przetrwania" gdy rekin wciągnął ją pod wodę i znalazł się zaledwie 30 centymetrów od jej twarzy. - Pomyślałam: "To już koniec, właśnie tak umrę", a potem pomyślałam o August [córce - red.] i o tym, że nie będzie miała mamy, że będzie dorastać bez mamy - przypomniała, z trudem powstrzymując łzy.

- Obróciłam się i po prostu zaczęłam go uderzać raz za razem. Po prostu uderzałam, uderzałam, uderzałam. To było jak walka z dinozaurem, jak uderzanie w ceglany mur. Był tak wielki - kontynuowała.

Po ataku rekina na plaży w Sydney
Po ataku rekina na plaży w Sydney
Źródło zdjęcia: Shawnee Jones/Reuters

Leah Stewart doznała poważnych obrażeń lewego podudzia i ramion - informowała policja krótko po zdarzeniu. Jak się okazuje, jeszcze przed przyjazdem karetki przebywający w pobliżu ratownicy i lekarz przeprowadzili resuscytację krążeniowo-oddechową, a policjanci, których obsadę wzmocniono po ataku na plaży Bondi, założyli rannej opaski uciskowe, by powstrzymać utratę krwi. Kobieta przez ponad tydzień była w śpiączce farmakologicznej. Ze względu na poważne obrażenia lekarze musieli amputować jej lewą rękę.

35-latka wyznała w nowym wywiadzie, że gdy feralnego dnia była w wodzie, jej córeczka czekała na plaży. - Powiedziałam "do zobaczenia" i to często do mnie wraca, jak pożegnanie - powiedziała. Relaks nad wodą i pływanie były jej hobby - zaznaczyła. Jak dodała, zawsze dbała o bezpieczeństwo nad wodą, unikając pływania o wschodzie i zachodzie słońca i nie oddalając się zbytnio od brzegu. - Starałam się robić wszystko jak należy, ale wejście do wody wiąże się z ryzykiem - zauważyła.

Redagował AM

Źródło: ABC News, BBC, Nine, tvn24.pl
Czytaj także: