Miażdżenie głowy kamieniem, ciosy szpikulcem do szaszłyków, tryskająca krew i przerażenie, które w najmniej spodziewanym momencie przerywają elegancką imprezę w ogrodzie. Tragedia, której gwałtowność i brutalność nie dociera do nas od razu przez szok i brak zrozumienia. To jedna z najsłynniejszych scen południowokoreańskiego filmu "Parasite", pierwszej nieanglojęzycznej produkcji w historii Oscarów, która zdobyła statuetkę dla najlepszego filmu. Scena ta na ekranie bawiła, ale jej przebieg mógł właśnie okazać się niepokojąco podobny do tego, co niemal wydarzyło się w Korei Południowej naprawdę. I to w skali całego kraju.
Bo południowokoreański prezydent od miesięcy ukradkiem starał się cofnąć historię i ponownie ustanowić w kraju jakąś formę dyktatury. Metodami, w które dosłownie ciężko uwierzyć:
- prowokował posiadającą broń atomową Koreę Północną,
- wysłał wojsko do ataku na własnych obywateli,
- próbował siłą obalić demokrację, zamierzał torturować mieszkańców kraju.
Wszystko to brzmi jak scenariusz filmu sensacyjnego, ale nim nie jest. A co więcej, historia ta wciąż trwa. Bo choć plan prezydenta się nie powiódł, to udało się go zatrzymać dopiero 14 stycznia i wciąż nie jest pewne, czy w pełni odpowie za swoje działania. Tymczasem na ulicach pojawiły się tysiące jego fanatycznych popleczników.