Premium

Czy kwiat amerykańskiej młodzieży był wart dwóch japońskich miast?

Czy dziesiątki tysięcy zabitych w atomowym bombardowaniu Hiroszimy i drugie tyle tych, którzy zginęli w Nagasaki, ocaliło życie setkom tysięcy, a może nawet milionom Amerykanów i Japończyków, którzy padliby ofiarą walk na macierzystych Wyspach Japońskich? Nie brakuje takich, którzy – choć dostrzegają moralny ciężar tej decyzji – uważają, że była uzasadniona. Są też tacy, którzy nie mają wątpliwości, że Japonia i tak by upadła. Co by było, gdyby 75 lat temu Stany Zjednoczone nie użyły broni atomowej jako jedyne mocarstwo w historii?

Jest pogodna noc na tropikalnym archipelagu Marianów. Fale Pacyfiku uderzają o rafę koralową wokół niewielkiej wyspy Tinian (100 kilometrów kwadratowych, to mniej więcej jedna piąta powierzchni Warszawy). Na lądzie trudno o sen. W północnej części wyspy, na lotnisku praca wre. Słychać hałas potężnych silników napędzających superfortece, czyli amerykańskie ciężkie bombowce B-29.

Ledwie rok wcześniej, pod koniec lipca 1944 roku wylądowało tutaj ponad 40 tysięcy żołnierzy piechoty morskiej. W dziewięć dni rozprawili się z ośmiotysięcznym japońskim garnizonem, z którego większość żołnierzy zginęła. Życie w walkach straciło też kilka tysięcy japońskich cywilów, którzy zamieszkiwali wyspę należącą do cesarstwa od I wojny światowej. Jeszcze nie umilkł na dobre huk dział i świst pocisków, a już na japońskim lotnisku pojawiły się buldożery i inny sprzęt inżynieryjny. Amerykanie szybko doprowadzili pas startowy do stanu używalności, a w kolejnych tygodniach dobudowali trzy równoległe. Potężna baza, niezatapialny lotniskowiec (a raczej cztery lotniskowce i to wyjątkowo duże jak na tamte czasy).

Cztery pasy startowe lotniska North Field na wyspie Tinian na Pacyfiku. Rok 1945.USAF Historical Research Agency/public domain

Stąd bombowce mogły dosięgnąć południową część największych wysp Japonii, łącznie z Tokio. Po siedmiu miesiącach od zdobycia Tinianu, w marcu 1945 roku, z tej wyspy i z sąsiedniego Saipanu startuje ponad 300 amerykańskich bombowców. Na japońską stolicę zrzucają głównie ładunki zapalające. Ginie od 80 tysięcy do 100 tysięcy ludzi, doszczętnie płonie jedna czwarta zabudowy. To początek serii bombardowań, które zamienią prawie 200 miast w kupę wypalonych ruin i pozbawią życia pół miliona Japończyków.

W sierpniową noc 1945 roku do startu przygotowuje się tylko siedem B-29. Jako pierwsze, po godz. 1.30 startują samoloty, których zadaniem jest wykonanie rozpoznania pogodowego nad japońskimi miastami Hiroszima, Kokura i Nagasaki. To trzy cele dla czwartego bombowca, który dzień wcześniej otrzymał imię Enola Gay na cześć matki pułkownika Paula Tibbetsa, dowódcy 509. Grupy Mieszanej. Jej lotnicy i samoloty od trzech miesięcy są na Tinianie. Samolot jest nowy, z fabryki wyjechał w połowie maja jako jedna z pierwszych maszyn z modyfikacjami umożliwiającymi przenoszenie bomby atomowej. Gdyby nad Hiroszimą były chmury, Enola Gay poleciałaby nad Kokurę, gdyby i tam nie było widać celu, następnym przystankiem miało być Nagasaki.

Bombowiec B-29 "Enola Gay" i członkowie jego załogi. Pułkownik Paul Tibbets w środku z fajką.U.S. Air Force photo

O godz. 2.45 bombowiec zaczyna się rozpędzać. Zanim oderwie się od ziemi, pokonuje prawie całą długość pasa startowego, ponad dwie mile. W komorze bombowej, bliżej nosa, ma bardzo ciężką, ważącą 4,4 tony bombę atomową nazwaną ironicznie Little Boy (ang. Mały Chłopiec). Żeby zrównoważyć jej masę i zapobiec niestabilności w locie, zbiornik paliwa w części ogonowej jest napełniony pod korek. Enola Gay wznosi się z trudem.

Najważniejszą częścią Małego Chłopca jest radioaktywny uran-235. Zasada działania bomby w teorii jest dość prosta. Radioaktywny materiał musi przekroczyć tak zwaną masę krytyczną. Dopóki jej nie osiągnie, nic spektakularnego się nie dzieje.

Czytaj bez ograniczeń

premium

Uzyskaj dostęp do tego artykułu i innych treści specjalnych. Za darmo