|

Jest 2 w nocy. Czekamy na śmierć

Szpital w Ciechanowie, wejście na SOR
Szpital w Ciechanowie, wejście na SOR
Źródło: TVN24
To jest najgorsza część naszej pracy. Przekazać rodzinie, że pacjent ma ciężkie schorzenie. Nie do przeżycia. Albo że już zmarł - mówi dr Ewa Romanik. Przez cały dzień obserwowaliśmy, jak się pracuje na szpitalnym oddziale ratunkowym.Artykuł dostępny w subskrypcji

Przez uchylone drzwi widać, jak klatka piersiowa unosi się nienaturalnie wysoko i opada. Słychać miarowy wdech i wydech. Szum maszyny wyznacza tempo. Korytarz cichnie. Wszyscy wracają do swoich kątów, a przed chwilą każdy jeszcze chciał biec, ratować, bronić tego życia, które upadło. Przez kolejne kilka godzin aparatura będzie uporczywie pikała. Nikt nie wie, czy potrwa to godzinę, sześć godzin czy kilka dni.

Czekamy, aż mózg wyczerpie rezerwy i zatrzyma serce.

Resuscytacja bez resuscytacji

Przez 24 godziny wszyscy są w gotowości, mimo że dyżur jest spokojny. Wystarczy jeden sygnał, żeby pozorna senność zmieniła się w kadry z sensacyjnego filmu. Sygnał karetki. Bieg korytarzem. Znaleziona leżąca. Areaktywna. Nie nawiązuje kontaktu. Nie reaguje na bodźce. Wiotka. Zupełnie nieprzytomna. Nie reaguje na ból. Ustabilizowanie stanu pacjentki. Lista badań. Czekanie. Nerwowe spoglądanie na monitor, czy już są wyniki. Czekanie. Zaglądanie do pacjentki. Powrót do monitora. Klikanie. Czekanie. Nadzieja.

Lekarka przy biurku przegląda blistry z lekami, które przywieziono razem z pacjentką. Próbuje znaleźć odpowiedź, dlaczego pacjentka upadła. - Źrenice jak zapałki - mówi zrezygnowany lekarz przy biurku obok. Lekarka dzwoni do rodziny. Leżała na podłodze. Obiad na stole nieruszony. Poranna kawa wypita. Może więc upadła po południu? Czy miała migotanie przedsionków? Nic nie wiadomo.

- Uuuuuuuu - mówi lekarz, spoglądając na tomograf, który wyświetlił się na pionowym ekranie. Lekarka nabiera w płuca dużo powietrza. - Wszystko - mówi on, jakby stawiał kropkę w rozmowie, której nie muszą toczyć. Patrzą w milczeniu.

Rozległe krwawienie do mózgu. Masa krwi. Przebiła się na drugą stronę. Półtorej półkuli. W podpajęczej też jest krew. Schorzenie śmiertelne.

Lekarka wychodzi na korytarz. W tym czasie pięć par rąk zdejmuje bluzkę tak delikatnie, jakby pacjentka była niemowlakiem. Ostrożnie podpina kroplówkę. Zakłada pieluchę. Poprawia ciało. Jeszcze nie wiedzą.

- Gdzie panią dajemy? - pyta pielęgniarka.

- Na resuscytację - odpowiada lekarka. - Ale bez resuscytacji - dodaje po chwili i wtedy wszystkie dłonie zatrzymują się na chwilę. Każdy spogląda na lekarkę w milczeniu. Kilka sekund pauzy. Wdech. Wydech. I łóżko jedzie do sali naprzeciwko gabinetu lekarzy.

Czytaj także: