W nocy ze środy na czwartek o godz. 3.40 w czasie zmasowanego ataku Rosji na Ukrainę w polskiej przestrzeni powietrznej wykryto niezidentyfikowany obiekt. Do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano myśliwiec F-16. Po godzinie 5 pomiędzy miejscowościami Tarnawa-Kolonia a Tokary na polu w odległości około 2 km od zabudowań służby znalazły lej oraz porozrzucane elementy niezidentyfikowanego obiektu. Premier Donald Tusk przekazał, że do Polski wleciał prawdopodobnie rosyjski pocisk Ch-101. Dodał, że wojsko było gotowe do jego zestrzelenia. Pocisk spadł w terenie niezabudowanym, nikt nie został ranny.
W związku ze zdarzeniem na Lubelszczyźnie w nocy rozległy się syreny alarmowe. Mieszkańcy nie dostali jednak alertu Rządowego Centrum Bezpieczeństwa z wyjaśnieniem sytuacji. Również na profilu RCB w mediach społecznościowych, gdzie regularnie publikowane są informacje o zagrożeniach, brak było informacji, co się działo.
Alarmy w Polsce. "Zagrożenia zmieniają się dynamicznie"
Rzeczniczka MSWiA Karolina Gałecka poinformowała w TVN24, że w związku z informacją o możliwym zagrożeniu, która wpłynęła z Centrum Operacji Powietrznych, "zgodnie z procedurą natychmiastowo" włączono sygnały alarmowe i poinformowano państwowe media. Dopytywana, czy dodatkowo nie powinien zostać wysłany alert RCB do mieszkańców, przekazała, iż ten został "wstrzymany" w związku z odwołaniem zagrożenia przez Centrum Operacji Powietrznych.
System alarmowania ludności w Polsce opiera się na sygnałach alarmowych (syrenach), komunikatach nadawanych przez media oraz alertach RCB wysyłanych SMS-em.
- System alarmowania nie powinien opierać się na jednym elemencie. Musi być wieloelementowy, także dlatego, żeby można było ostrzegać z różną intensywnością i aby był "zastępowalny", gdyby któryś z elementów zawiódł - zaznacza w rozmowie z tvn24.pl Dominik Mikołajczyk, redaktor naczelny portalu InfoSecurity24.
Pozytywnie ocenia to, że w nocy uruchomiono sygnały alarmowe. - To znaczy, że państwo i procedury zadziałały. Osobną sprawą jest to, w ilu miejscach ten sygnał alarmowy był słyszalny. Zapominamy trochę, że w bardzo małych miejscowościach czy na wsiach syreny alarmowe mogą być umiejscowione tak daleko od zabudowań, że dźwięk może nie docierać do nich wszystkich - zwraca uwagę.
- Nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek z istniejących procedur zostały dzisiejszej nocy złamane. Rzeczywistość i zagrożenia zmieniają się tak dynamicznie, że procedury muszą być cały czas sprawdzane, muszą ewoluować. Jestem przekonany, że po zdarzeniu z nocy po raz kolejny zostaną one przejrzane - dodaje ekspert.
Mikołajczyk podkreśla też, że każdy z nas powinien wiedzieć, co państwo chce nam przekazać za pomocą poszczególnych sygnałów alarmowych. - Jeżeli my sami nie zdobędziemy tych podstaw, to budowanie społecznej odporności już na tym etapie będzie bardzo trudne - wskazuje.
Informacje o rodzajach sygnałów alarmowych, wskazówki, jak na nie zareagować oraz co należy robić w przypadku różnych zagrożeń, znajdują się w "Poradniku bezpieczeństwa", który został wysłany do każdego gospodarstwa domowego. Dostępny jest również w formie cyfrowej.
Metoda "dużo szybsza od SMS-ów"
A z czego korzystają inne państwa? W broniącej się przed rosyjską napaścią Ukrainie niemal codziennie rozbrzmiewają syreny alarmowe informujące o zbliżającym się zagrożeniu nalotowym. Funkcjonuje też tam aplikacja mobilna wysyłająca w czasie rzeczywistym informacje o podniesieniu i wstrzymaniu alarmu rakietowego na danym obszarze.
W szeregu państw w Europie i na świecie funkcjonuje jeszcze technologia nadawania komórkowego, nazywana Cell Broadcast. Jak dokładnie działa?
- To funkcja, która za pomocą infrastruktury sieci komórkowej przekazuje przez stacje bazowe (BTS) komunikaty użytkownikom, którzy są do nich aktualnie zalogowani - tłumaczy nam Adam Haertle, ekspert ds. cyberbezpieczeństwa i redaktor portalu Zaufana Trzecia Strona. Jak podkreśla, wysyłane w ten sposób wiadomości są automatycznie wyświetlane na ekranie telefonu. Mogą one też się wiązać z nadawaniem przez komórkę trudnego do przegapienia sygnału dźwiękowego.
Jako główną zaletę tej technologii ekspert podaje możliwość przekazania informacji osobom przebywającym na danym obszarze lub mieszkańcom całego kraju niemal natychmiast i wszystkim niemal jednocześnie. - Jest to dużo szybsze od SMS-ów - wyjaśnia. Te bowiem mogą do nas trafiać w dużym odstępie czasowym. Ponadto komunikaty wysyłane technologią Cell Broadcast "omijają" tak zwany tryb cichy w telefonie. Nie wymagają też połączenia z internetem.
Ta metoda alarmowania wykorzystywana jest między innymi w Ukrainie, ale też w Stanach Zjednoczonych, Izraelu, Wielkiej Brytanii i wielu państwach Unii Europejskiej, jak na przykład Francja, Niemcy czy Hiszpania. Systemy wykorzystujące technologię nadawania komórkowego noszą w Norwegii nazwę Nodvarsel, w Danii - S!RENEN, a w Szwecji, gdzie funkcjonuje od lipca tego roku - SE-Alert. Uznawana za wzór działań na rzecz obrony cywilnej Finlandia planuje wdrożyć swój system do końca października.
Haertle wskazuje, że technologia nie funkcjonuje obecnie w Polsce. Wiązałoby się to z nałożeniem na operatorów komórkowych obowiązku wdrożenia tego rozwiązania, a to z kolei z dodatkowymi kosztami.
Pytany o zagrożenia, jakie mogą płynąć z wdrożenia tej technologii, ekspert odpowiada, iż nadane za jej pomocą komunikaty "muszą być odpowiednio uwierzytelnione". Dodaje też, że nie zna przypadków z innych państw wysłania nieautoryzowanych wiadomości w ramach Cell Broadcast. - To w rękach operatora pozostaje odpowiednie zabezpieczenie dostępu. Zakładam, że jeżeli ktoś ma możliwość wysłania wiadomości do 40 milionów telefonów, to taka funkcja jest skutecznie zabezpieczona - zwraca uwagę.
"Trzeba udoskonalać system alarmowy"
Wprowadzenie w Polsce metody alarmowania z wykorzystaniem Cell Broadcast zapowiadał jeszcze w 2023 roku rząd Prawa i Sprawiedliwości. Do Ministerstwa Cyfryzacji skierowaliśmy pytania, czy prace są kontynuowane oraz o to, dlaczego nie zdecydowano się na to do tej pory. Czekamy na odpowiedź.
Nim ewentualne zmiany wejdą w życie, już teraz działają w naszym kraju dodatkowe kanały ostrzegania, o których nie każdy musi wiedzieć.
- W Polsce nadal funkcjonuje aplikacja Regionalne Systemy Ostrzegania (RSO), aczkolwiek nie należy do najpopularniejszych. Niewiele osób o niej pamięta. Być może moglibyśmy ją rozwijać i o niej przypomnieć. Na pewno trzeba udoskonalać system alarmowy i to zarówno, jeśli chodzi o syreny, jak i Alert RCB. Tylko tak będziemy mogli nadążyć za ciągle zmieniającymi się zagrożeniami - apeluje Mikołajczyk.
Redagowała Katarzyna Guzik