W czwartek o godzinie 3.45 nad ranem mieszkańców Tarnawy-Kolonii i okolicznych miejscowości obudził potężny huk eksplozji. Na polach między Targowiskiem a Tarnawą-Kolonią powstał potężny krater o średnicy około 10 metrów.
Krater ma około średnicę około 10 metrów i pięć metrów głębokości
- Służby zaangażowane są od wczesnych godzin porannych. Dopiero teraz udało nam się potwierdzić, że miejsce jest bezpieczne, bo cały czas czyniliśmy starania, aby przede wszystkim określić, z jakim terenem mamy do czynienia, a także czy jest jakiekolwiek zagrożenie dla mieszkańców. Takiego zagrożenia nie ma - powiedział przed południe przed kamerami prokurator Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie.
Przekazał, że krater ma około pięciu metrów głębokości i 10 metrów szerokości. - Rozrzut elementów jest dosyć spory. Oceniam go na około 200 metrów - powiedział szef Prokuratury Okręgowej w Lublinie Grzegorz Trusiewicz.
Teren został zmapowany specjalistycznym dronem. Na razie trudno określić, ile konkretnie jest szczątków, ale - jak przekazują śledczy - jest ich sporo. Na polu rośnie nieskoszony rzepak. Zabezpieczono już część, dosyć dużych gabarytowo, elementów, które zostaną dokładnie przebadane. Prokuratura nie informuje, dla dobra śledztwa, czy na znalezionych elementach są jakieś napisy czy emblemat.
Badają krater
Prokurator poinformował, że w kraterze trwa zabezpieczanie substancji chemicznych, które będą następnie poddawane specjalistycznym badaniom.
- Chodzi o obecność materiałów wybuchowych oraz pewnych specyficznych substancji, które występują w określonego rodzaju ładunkach wybuchowych - zaznaczył prokurator Trusiewicz.
W Tarnawie-Kolonii pracuje ok. 100 funkcjonariuszy różnych służb, w tym wojska i policji. Jest też czterech prokuratorów, którzy bezpośrednio nadzorują oględziny. Na miejscu jest już także ok. 50 żołnierzy WOT, którzy pomagają śledczym w przeczesywaniu terenu. Prokuratura chce mieć pewność, że zabezpieczone zostaną wszelkie ślady związane z tym zdarzenie oraz że na okolicznych polach nie będą leżały żadne elementy rakiety.
Jedzie ekspert z Ukrainy
Pomoc w przeprowadzeniu oględzin zaproponowała też strona ukraińska. Na miejsce jedzie ekspert z Ukrainy, który pomoże określić, z czym mamy do czynienia, zanim jeszcze polskie laboratoria przeprowadzą specjalistyczne badania.
Prokurator pytany przez dziennikarzy, czy nie jest to tylko kurtuazyjna pomoc i czy ukraiński ekspert wniesie coś istotnego do sprawy prokurator, odpowiedział, że pomoc jest bardzo realna.
- Nie znam go osobiście, natomiast jeżeli mam informację, że osoba taka była przy kilkudziesięciu czy ponad setce tego typu zdarzeń, to wierzę w to, że jest to fachowiec i na pewno pomoże nam w tym postępowaniu - zaznaczył Trusiewicz.
Śledztwo w kierunku sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym
Prokuratura chce, aby czynności z udziałem służb zakończyły się do końca dnia.
Śledztwo prowadzone jest w kierunku artykułu 173 Kodeksu karnego, czyli sprowadzenia katastrofy w ruchu powietrznym, za co grozi do 10 lat więzienia.
Po godzinie 14 Marcin Kozak, rzecznik Prokuratury Okręgowej w Lublinie, stwierdził, że jest potwierdzone, iż na polu rozbiła się rakieta. Na razie nie określono jeszcze, jaka konkretnie, ale prawdopodobnie chodzi o rosyjski pocisk CH-101.
Wiadomo natomiast, że zawierała materiał wybuchowy w znacznej ilości.
- Pobrane zostały próbki ziemi, mamy zabezpieczony bardzo obszerny materiał dowodowy, który zostanie skierowany do biegłych z laboratorium z Żandarmerii Wojskowej, którzy potwierdzą wstępne ustalenia, zbadają materiał pobrany na miejscu zdarzenia, aby mieć precyzyjną i ostateczną wiedzę, z jakim rodzajem środka powietrznego mamy do czynienia - zaznaczył Kozak.
Mieszkańcy: z parapetu zleciały kwiaty
Okoliczni mieszkańcy, z którymi rozmawialiśmy, mówili, że ze snu wyrwał ich ogromny huk.
- Był potężny. Zleciały kwiatki z parapetu. Dobrze, że wnuczka spała tej nocy z ciocią, bo spadłyby jej na głowę - powiedział jeden z mężczyzn.
Pół wsi wyszło na drogę
Drugi stwierdził, że zanim rozległ się huk, słyszał latające samoloty.
- Aż nagle "łup". Pół wsi wyszło na drogę, zaczęły wyć syreny, po kilkunastu minutach zaczęły jechać straże pożarne. Każdy pytał każdego, co się stało. Później dopiero słyszymy, że gdzieś jest jakiś lej. To nie powinno się u nas zdarzyć. Niestety jesteśmy coraz bliżej tego problemu - opowiadał drugi z mieszkańców.