DORSZ opublikowało komunikat o możliwym naruszeniu polskiej przestrzeni powietrznej w niedzielę po południu. Podkreśliło, że trwają czynności sprawdzające, a na miejsce skierowany został wojskowy śmigłowiec.
Jak informował rzecznik prasowy DORSZ ppłk Jacek Goryszewski, sytuacja dotyczyła województwa lubelskiego, a konkretnie terenu na południowy wschód od Lublina. Niezidentyfikowany obiekt przemieszczał się w przestrzeni powietrznej.
"Prowadzone działania mają na celu potwierdzenie charakteru zarejestrowanego obiektu oraz wykluczenie m. in. możliwości, że zarejestrowany sygnał był efektem zjawisk lub anomalii meteorologicznych. Informujemy jednocześnie, że w ostatnich godzinach nie obserwowano aktywności lotnictwa dalekiego zasięgu Federacji Rosyjskiej związanej z uderzeniami na cele znajdujące się na terytorium Ukrainy" – podano w pierwszym komunikacie, po godzinie 13.
Ptaki postawiły na nogi wojsko
Po godzinie 14 DORSZ przekazało informację o zakończeniu działań. Okazało się, że nie doszło do naruszenia polskiej przestrzeni powietrznej. Wskazania systemów radiolokacyjnych były spowodowane przez zwierzęta. "Ich przyczyną było duże stado ptaków, którego przelot został zarejestrowany przez systemy obserwacji przestrzeni powietrznej" – przekazało wojsko.
Śmigłowiec działał na miejscu
- Zweryfikowaliśmy dokładnie zapisy naszych systemów radiolokacyjnych, śmigłowiec operował we wskazanym rejonie. Zaprzeczę podejrzeniu naruszenia naszej przestrzeni powietrznej. Przyczyną wskazań systemów radiolokacyjnych było duże stado ptaków, których przelot został zarejestrowany. Jasno można stwierdzić, że nie odnotowano zagrożenia dla bezpieczeństwa naszej przestrzeni - podkreślił na antenie TVN24 ppłk. Goryszewski.
Rzecznik DORSZ dodał, że przez duże zachmurzenie załoga śmigłowca miała utrudnione zadanie. - Prawie dwie godziny spędził na tym, by dolecieć do wskazanego rejonu i dokładnie zweryfikować, czy nie ma w tej przestrzeni jakiegoś obiektu, który mógłby zagrażać bezpieczeństwu naszej przestrzeni. We wskazanym rejonie czynności śmigłowca trwały ponad godzinę - opisywał operację ppłk. Goryszewski.
Przyznał, że przyczyna alarmu była prozaiczna. - Takie sytuacje też się zdarzają, bo te systemy odnotowują niejednokrotnie jakieś anomalie pogodowe. Ale musieliśmy mieć pewność, że do naruszenia nie doszło, że nie ma niebezpieczeństwa – podsumował rzecznik.